GMO to nie to!

Z Katarzyną Jagiełło  z Koalicji Obywatelskiej „GMO to nie to!” rozmawia Jan Skoczylas.

Jan Skoczylas:  Czym jest i jak powstała Inicjatywa Obywatelska „GMO TO NIE TO”?

Kasia Jagiełło: Nasza Inicjatywa jest odpowiedzią, początkowo zupełnie spontaniczną, na zeszłoroczną ustawę o nasiennictwie. Pojawiła się wtedy nagła konieczność zwrócenia uwagi na ustawę. która tylnymi drzwiami legalizowała obrót nasionami GMO. Jacek Żakowski pisząc o tamtej ustawie i o trybie jej wprowadzania wspomniał, że przypomina sytuację „lub czasopisma”.

Myślę, że nasz ruch zaczął się wtedy, gdy do naszych akcji  przyłączyli się ludzie. Udało nam się zebrać dużą grupę, i to nie tylko na Fb, którego wielu nie używa. Pisaliśmy do senatorów (gdy ustawa po zatwierdzeniu przez sejm trafiła do senatu). Dostawaliśmy sygnały zwrotne od senatorów, nasze listy były odczytywane podczas posiedzenia. Mądrzy i uczynni ludzie dawali nam dobre rady, i dołączali do grupy planującej akcje, zawiązały się przyjaźnie. Tak naprawdę to była iskra przekazywana z serca do serca. Zupełnie bezinteresownie, bez środków, bez struktury.

Gdy pod Senatem pojawił się busik z bębniarzami Tomkiem Bozdkiem i  Słomą, miałam uczucie że wszystko będzie dobrze.

Od początku zakochałam się w tym, jak różni ludzie zebrali się w naszej grupie. Różne wyznania, poglądy polityczne, a wszyscy z silnym przekonaniem, że musimy pozostać apolityczni – zbliżały się wybory i nie chcieliśmy,  aby nas wmanipulowano w odwieczny spór. Były takie próby.

Listy do Prezydenta posłało kilka tysięcy ludzi, prosząc go, aby nie podpisywał ustawy -bubla. Mieliśmy świetny pomysł wynikający z desperacji  – zrobiliśmy wielką sprawę małymi środkami.

Może w skrócie: Inicjatywa Obywatelska „GMO to nie to” to ruch ludzi którzy z różnych powodów uważają, że GMO w obecnej sytuacji nie jest dobrym wyborem dla Polski (nie mówimy o GMO w medycynie czy przemyśle). Jesteśmy ruchem luźnym, zwołujemy się na wydarzenia, komunikujemy, spotykamy – ale dość świadomie postanowiliśmy nie formalizować naszego ruchu.

JS:  Jaka jest w tej chwili sytuacja jeśli chodzi o GMO w Polsce?

KJ: W Polsce, jak zwykle w kwestiach ważnych, panuje bałagan, brak regulacji i przejrzystości. To albo karygodne lekceważenie, ciasnota umysłowa i lekkomyślność, albo umyślne pozostawianie niedookreśleń w celu późniejszego wykorzystania. Mamy ustawę o GMO z 2001 roku,  która nie odnosi się w ogóle do problemu upraw komercyjnych. Z kolei ustawa o nasiennictwie zakazuje obrotu ziarnem roślin GMO, ale nie zakazuje uprawy takich roślin. Rządowy plan ramowy z 2008 roku mówi, że Polska ma być krajem wolnym od GMO, ale brak przepisów prawnych gwarantujących jego wdrażanie.  

Minister Sawicki wysłał do Komisji Europejskiej wniosek o rozpatrzenie rozporządzenia wprowadzającego zakaz stosowania materiału siewnego odmian genetycznie zmodyfikowanych kukurydzy MON 810. Zaledwie kilka dni później podał się do dymisji, trudno powiedzieć, co się dalej wydarzy. Premier Pawlak zasłynął z doniesień Wikileaks, gdzie mówił, że „tisze budiesz, dalsze zajediesz”, czyli o strategii cichego wprowadzania GMO. Może być nieciekawie.

Mamy 3 tys hektarów kukurydzy GMO (być może –  jedyne dostępne dane pochodzą zISAAA  – organizacji zajmującej się propagowaniem  biotechnologii, która nie słynie z obiektywności). W każdym razie jakieś GMO mamy, wykrył je Greenpeace, ale prokuratura odmówiła działań w tej sprawie. Transport kukurydzy do Szwecji został cofnięty, bo zawierał 4% GMO. Nie mamy żadnej kontroli nad uprawami GMO, żadnego monitoringu, a nasz rząd po prostu nie przyjmuje tych upraw do wiadomości. Straszy się karami unijnymi za ustawę o nasiennictwie, a nie wspomina, że za brak kontroli nad GMO także grożą nam kary.

Teraz mamy sprawę ustawy o paszach. Media bombardują nas wizją gigantycznych podwyżek produktów mięsnych i nabiałowych –  a wiadomo przecież, że  w Niemczech i Austrii różnica w cenie pomiędzy mięsem pochodzącym od zwierząt karmionych GMO i tym od karmionych paszą tradycyjną wynosi zaledwie kilka procent.  Konsumenci powinni mieć wybór, tak jak w innych krajach. Potrzebujemy kompleksowej ustawy o GMO. A przede wszystkim natychmiastowego zakazu siewu kukurydzy MON810.

JS:  Jak jest w innych krajach europejskich – co wiecie o ruchu sprzeciwu wobec GMO w Europie?

KJ: Jest na pewno silniejszy niż w Polsce. Mamy ostatnio problem z protestowaniem, być może obalenie komunizmu trochę nas wyczerpało i trzeba swoje odczekać.

W wielu krajach Europy to oddolne protesty doprowadziły do zakazu. W Bułgarii na ulice wyszły matki z dziećmi, w Anglii demonstrowały silne ruchy konsumenckie. W Berlinie  było 23 tysiące osób na ulicach! We Francji „Kosiarze”  – rolnicy którzy wykaszali w nocy uprawy GMO i szli później za to do więzienia. Nasz ruchy konsumenckie są dość słabe jeszcze, co bardzo chcielibyśmy zmienić (na przykład we Francji Carrefour wprowadza wyraźne oznaczenia mięsa zwierząt karmionych paszą tradycyjną i GMO –  chciałabym żeby polskich klientów potraktowali tak samo).

Czekam na reakcję rolników. Poza działaniami inspirowanymi przez ICPPC i Ekoland niewiele uwagi poświęca się obronie polskiej wsi przed GMO. Nie widzę na horyzoncie nikogo, kto miałby osobowość, charyzmę i inteligencję Jose Bove’a , który pociągnął za sobą francuskich rolników i jest obecnie eurodeputowanym. To prawdziwym bohater:  odważny i mądry, umie współpracować z innymi. To cecha niezbędna do działania. No, i ma niezachwianą wiarę w zwycięstwo. Nasi rolnicy nie wierzą już nikomu, i ja się nie dziwię. Wierzę jednak, że oddolny ruch walczący o sprawy polskiej wsi, o zachowanie tego, co nacenniejsze, jest możliwy, wierzę, że znajdzie się ktoś, kto porwie ludzi za sobą. Bohater o czystym sercu i dobrych intencjach.

Powiem jednak szczerze –  nasz ruch adresowany jest do miejskich konsumentów. O realiach uprawy ziemi dowiadujemy się  od zaprzyjaźnionych rolników, którzy nam bardzo pomagają. Wiele cennych rad dostaliśmy od Danki Pilarskiej i Edyty Jaroszewskiej-Nowak, które robią niesamowicie ważne rzeczy na polskiej wsi. Polscy rolnicy nie wierzą w swoją siłę. Tak samo zresztą, jak polscy konsumenci. Gdyby ich zjednoczyć, wtedy o GMO w Polsce nie byłoby nawet mowy. Naukowcy mogliby je sobie testować do woli w ściśle kontrolowanych, zamkniętych warunkach. Może za kilkanaście lat stworzą coś, co będzie miało więcej sensu, niż obecne prymitywne GMO  – a być może my rozwalimy ekosystem na tyle, że będziemy zmuszeni z ich wynalazku skorzystać. Na razie nie ma żadnych realnych zalet, a jest mnóstwo zagrożeń.

 JS:  Co chciałybyś przekazać ludziom, którzy zdają sobie sprawę z zagrożeń związanych z żywnością i uprawami GMO?

KJ: Nie bójcie się o tym mówić! Wiem, że bywa trudno. Gdy „Wyborcza” i, szczególnie ostatnio, „Polityka”,  pozwalają sobie na publikowanie artykułów, w których przeciwników GMO bezpardonowo określa się jako zabobonnych, niedouczonych sekciarzy, nie jest łatwo czasem walczyć z tym narzuconym stereotypem. Czytajcie, ogladajcie, piszcie. I pozwólmy sobie na odwrócenie sytuacji: to nie my mamy udowodnić czemu GMO jest złe, tylko to nas trzeba byłoby przekonać. A ja nie usłyszałam jeszcze takiego argumentu. Jedynym uzasadnieniem wprowadzenia upraw GMO do Polski, jest nabijanie kabzy gigantom biotechnologicznym, kosztem drobnych polskich rolników i jakości pożywienia polskich konsumentów.

Wywiad dla Zielonych Wiadomości przeprowadzony w lipcu 2012 roku.

Katarzyna Jagiełło –  tłumaczka i przewodniczka nurkowa zafascynowana biologią morską. Z problemem GMO zetknęła się po raz pierwszy podczas podróży po Azji. Współinicjatorka Inicjatywy Obywatelskiej „GMO to nie to” odpowiedzialnej za zeszłoroczne protesty przeciwko ustawie o nasiennictwie.

Zobacz także:

Katarzyna Jagiełło: Jak stałam się aktywistką – Zielone Wiadomości

Marek Kryda: Pasze GMO – kto zarabia, kto traci – Zielone Wiadomości

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *