Archiwa tagu: chiny

Śmierć więźnia politycznego w Lhasie

Aktualności HFPC – 7 grudnia 2014:   Według tybetańskich źródeł 5 grudnia zmarł w lhaskim szpitalu, do którego przywieźli go krewni, Tenzin Czodrak, więzień polityczny odbywający karę piętnastu lat pozbawienia wolności za udział w protestach w marcu 2008 roku.

TenzinCzodrak-15LatWiezieniaLhasa2008-Zmarl5Grudnia2014

Trzydziestotrzyletni Tenzin Czodrak (w skrócie: Tenczo) został dwa dni wcześniej zwolniony z niesławnego więzienia Czuszur (chiń. Qushui). Władze chińskie często pozbywają się chorych lub umierających więźniów, żeby nie psuć statystyk zgonem za kratami. W marcu w podobnych okolicznościach zmarł Goszul Lobsang.

Tenzin Czodrak, który zdobył wykształcenie w Indiach i pracował dla zagranicznej organizacji pozarządowej związanej z Czerwonym Krzyżem, został zatrzymany w kwietniu 2008 roku. Oskarżono go o „organizowanie” spontanicznych protestów w Lhasie. Według Tybetańskiego Centrum Praw Człowieka i Demokracji (TCHRD) śledczy o wiele bardziej interesowali się jego ojcem, który w 1993 roku uciekł z Tybetu, ratując się w ten sposób przed aresztowaniem za działalność polityczną. Bity i torturowany, stracił w śledztwie zdrowie i wielokrotnie był przewożony do szpitala.

źródło: Helsińska Fundacja Praw Człowieka

Chiński strach w Europie…

75a6f1cbe31184b0c25d8b11dbe14d74,135,135,1,0Czy zakazaną przez Chiny tybetańską flagę narodową (za jej wywieszenie w Tybecie można zostać postrzelonym lub trafić do więzienia) można legalnie posiadać w Europie? W Danii trwa właśnie ciekawy proces, który pokaże jak daleko sięga chiński strach w Europie i gdzie leży swoboda wypowiedzi.

15 czerwca 2012 roku duńska policja zakazała Thomasowi Homerowi Goetz przebywającemu w miejskim parku poruszania się przez ponad godzinę wyłącznie dlatego, że miał ze sobą flagę Tybetu. Dodatkowo w czasie tego dziwnego zatrzymania policjanci zmusili go, aby położył flagę na ziemi…

Tybetańska flaga narodowa, w Tybecie za jej posiadanie czy też wyciągnięcie na ulicy grozi więzienie i represje.

Tybetańska flaga narodowa, w Tybecie za jej posiadanie czy też wyciągnięcie na ulicy grozi więzienie i represje.

Tego samego dnia policja aresztowała Lunę Pedersen, wiceszefową duńskiego oddziału Students for a Free Tibet –  po tym jak stała przy słynnej kopenhaskiej małej syrence. Uwzięli się? Policja oskarżyła ją o posiadanie narkotyków aby mieć pretekst do przeprowadzenia rewizji osobistej. Gdyby Luna była w Tybecie, trafiłaby do więzienia i była torturowana za posiadanie nielegalnej flagi Tybetu i ulotek wzywające do wolności Tybetu. W podobny sposób aresztowane zostały cztery inne osoby, które stały z flagą Tybetu przed duńskim parlamentem.

We wtorek sąd w Kopenhadze uznał, że działania policji w sprawie Thomasa były bezpodstawne, natomiast Luna i inne osoby mogły zostać legalnie czasowo aresztowane. Szczegóły uzasadnienia nie są na razie znane, ale można podejrzewać, że posiadanie tybetańskiej flagi narodowej w dniu 15 czerwca 2012 roku zagrażało poważnym interesom duńskiego państwa.

Co się dokładnie wydarzyło 15 czerwca 2012 roku? Tego dnia w Zamku Rosenborg, niedaleko parku gdzie aresztowany był Thomas, oraz w kopenhaskim porcie niedaleko słynnej syrenki przebywał składając państwową wizytę, ówczesny Przewodniczący Chińskiej Republiki Ludowej Hu Jintao, (odpowiedzialny za krwawe stłumienie protestów w Lhasie i wprowadzenie stanu wojennego w Tybecie pod koniec lat 80-tych, oskarżony ostatnio przez hiszpański sąd o zbrodnie ludobójstwa w Tybecie i ścigany nakazem aresztowania).

Dokumenty z duńskiego MSZu uzyskane przez duńską organizację działającą na rzecz praw człowieka w Tybecie, pokazują, w jaki sposób Ambasada Chińskiej Republiki Ludowej wywierała wpływ na duńskie władze, w celu uznania tybetańskich aktywistów i aktywistek za „niebezpiecznych”. W czasie wizyty, chińskie służby odgrywały aktywną rolę we wskazywaniu osób z tybetańskimi flagami, które powinny zostać „unieruchomione”.

Duński Komitet Wsparcia dla Tybetu zapowiedział odwołanie się od wyroku sądów uznających legalność działania policji mających na celu usunięcie z pola widzenia chińskiego przywódcy kłującego w oczy symbolu tybetańskiej walki o wolność z chińską okupacją i ograniczania możliwości pokojowego protestu.

Warto przypomnieć, że osiem lat wcześniej podczas wizyty Hu Jintao w Polsce doszło do podobnych wydarzeń –  plakaty nawołujące do dialogu chińskich władz z Jego Świątobliwością Dalajlamą umieszczone na trasie przejazdu z lotniska zostały w nocy zamalowane przez „nieznanych sprawców” szarą farbą. Osoby z tybetańskimi flagami „witające” Hu przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie zostały poturbowane przez chińskich funkcjonariuszy.

Trzy lata temu podczas wizyty chińskiego Premiera Wen Jiabo w Budapeszcie, węgierska policja zatrzymywała osoby z tybetańskimi flagami znajdujące się w pobliżu trasy chińskiego gościa. Co ciekawsze, urząd emigracyjny nakazał tego samego dnia stawić się w celu „weryfikacji dokumentów” wszystkim zamieszkującym Węgry Tybetańczykom… (Działania te jako ograniczające wolność wypowiedzi i dyskryminujące potępił węgierski Ombudsman –  rzecznik praw obywatelskich).

źródło: sftpoland.natemat.pl

Piotr Cykowski: Nomadzi w odwrocie

dz_logo_glowna-362x107Przez niemal 4000 lat koczowniczy pasterze stawiali czoła ekstremalnym warunkom panującym na Wyżynie Tybetańskiej. Przetrwali tylko dzięki swojej pomysłowości, wytrzymałości i nieustępliwości oraz przystosowaniu do warunków środowiska – dużych wysokości i ciężkich zim. Obecnie muszą zmierzyć się z najtrudniejszym ze wszystkich testem przetrwania – tylko w ciągu dwóch dekad, od 1995 do 2015, władze chińskie zarządziły przymusowe przesiedlenie ponad dwóch milionów tybetańskich nomadów.

Tak rozpoczyna się film Michaela Buckeya pod znamiennym tytułem „Od bycia nomadą do bycia nikim”, który przetłumaczyła w ramach kampanii „prawanomadow.org” Fundacja Inna Przestrzeń. Film i wystawa (z której zdjęcia ilustrują ten artykuł) udostępniane są w celach edukacyjnych –  jesienią 2012 r. w kilkunastu miastach i miejscowościach w Polsce odbyły się pokazy oraz spotkania z młodzieżą.

Znikająca kultura
photo. International Campaign for Tibet

photo. International Campaign for Tibet

Problem nomadów pokazuje jak bardzo splecione są ze sobą polityka, środowisko, kultura i sposób życia. Wyobraź sobie, że twoja miejscowość została najechana przez obce wojsko, które zdecydowało, że wszystkie bogactwa naturalne –  woda, minerały, surowce organiczne –  będą wykorzystywane wyłącznie przez siły okupanta. Kluczowe zasoby zostaną wywiezione do obcych miast, a wszystko to będzie się odbywać w języku, którego nie rozumiesz. Brzmi jak fikcja? Tak właśnie dzieje się obecnie w Tybecie. Jednak znikają nie tylko tybetańskie zasoby, ale także kultura. Tybetańscy nomadowie, którzy od setek lat stanowili jedną z podstaw tybetańskiej gospodarki –  wypasając jaki i kaszmirskie kozy –  są obecnie celem przesiedleń. Na całym Płaskowyżu Tybetańskim setki tysięcy wędrownych pasterzy zmusza się do porzucenia tradycyjnego sposobu życia. Przesiedlenia oznaczają zagładę tybetańskiej kultury.

photo. International Campaign for Tibet

photo. International Campaign for Tibet

Około 40% tybetańskiej populacji to koczowniczy pasterze, nieustannie wędrujący w poszukiwaniu jak najlepszej trawy dla swych trzód, przy okazji zapewniając zwierzętom wystarczającą ilość ruchu. Łąk używa się wymiennie do wypasu jaków, owiec, kóz oraz koni.

Oficjalnie podawanym przez chińskie władze powodem realizacji tych projektów jest ochrona pastwisk przed zniszczeniem przez nadmierny wypas. Oznaczałoby to, że tybetańscy nomadowie i ich ukształtowany przez tysiące lat sposób współżycia z naturą szkodził środowisku Tybetu, w związku z czym muszą zostać przesiedleni, znaleźć nowy sposób na przeżycie, aby chiński rząd mógł skutecznie chronić zniszczone wcześniej własnymi działaniami środowisko. Jak się jednak okazuje, w rzeczywistości za kampanią przesiedleń i oferowania „nowego stylu życia” tybetańskim pasterzom przemawiają zupełnie inne argumenty. Tybetański koczownik, który uciekł do Indii ze względu na projekt przesiedleń, opowiada inną historię: Chiński rząd nie przesiedla nas, aby zachować pastwiska przed nadmiernym wypasem, jak twierdzą. Głównym powodem jest to, że coś wykopują z ziemi. Przywieźli w tym celu ciężkie maszyny, zatrudnili samych Chińczyków. Ewidentnie nie ufają nam na tyle, aby powierzyć taką pracę.

 

photo. Daniel Miller

photo. Daniel Miller

Innymi słowy, chiński rząd był dotychczas dość skuteczny w prowadzeniu bez rozgłosu działalności górniczej w Tybecie, ukrywając ją pod hasłami „przesiedlania ludności nomadycznej i zagwarantowania równowagi na pastwiskach”. Jednak coraz częściej wychodzi na jaw, że Tybetańczycy coraz bardziej spychani są na margines, przypierani do muru, aby nie protestowali przeciwko działalności wydobywczej – niszczącej środowisko na ogromną skalę. Kilka z głośnych w ciągu ostatnich dwóch lat protestów – samospaleń, zostało dokonanych właśnie przez nomadów pozbawionych nadziei na przyszłość.

Według rządowego dokumentu „Opinii Rady Państwa na temat promocji i przyśpieszenia rozwoju na terenach pasterskich”, wydanego w sierpniu 2011 r., podstawowe działania związane z osiedlaniem nomadów mają zostać ukończone do 2015 r., a cały proces zakończony w 2020 r. Oznacza to wyrok śmierci wydany na tradycyjny styl życia ok. 2,5 miliona pasterzy, ich stada, zgromadzoną przez tysiące lat i przekazywaną z pokolenia na pokolenie wiedzę o gospodarowaniu zgodnym z otaczającą przyrodą, a tym samym na istotny element kultury materialnej Tybetu. Wydaje się, że w tym właśnie tkwi klucz do zrozumienia szalonego planu chińskich strategów: po poddaniu tybetańskich klasztorów całkowitej kontroli przez Partię Komunistyczną, przyszedł czas na „okiełznanie” ostatniego niezależnego fragmentu tybetańskiej tożsamości kulturowej, która pod wpływem chińskiej okupacji przekształciła się w świadomość i tożsamość narodową.

photo. International Campaign for Tibet

photo. International Campaign for Tibet

Czyimi rękoma dojdzie do rozmontowania kultury i tożsamości Tybetańczyków? Chińskie władze dostarczą jedynie narzędzi i zachęt ekonomicznych (np. w postaci pojedynczych dotacji czy rekompensat) do osiedlania się. Eksperci ostrzegają, że „nowe socjalistyczne wioski”, tworzone w celu przesiedlenia około 80% wiejskiej populacji Tybetu, mogą stać się źródłem „agresywnych i brutalnych” zachowań, a nie miejscem przynoszącym dobrobyt Tybetańczykom. Już teraz dokumenty nagrywane ukrytą kamerą w takich osiedlach pokazują społeczną degradację nowych mieszkańców. I to w czasie, gdy na świecie zaczyna się doceniać „rdzenną wiedzę” (indigenious knowledge) związaną z środowiskiem oraz gospodarowaniem na zachowanych jeszcze nielicznych obszarach, które ostały się mało przekształcone przez człowieka.

Przyroda jako zasoby

Chiny uczyniły z ochrony środowiska jeden z tematów strategicznych, zdając sobie sprawę z przeludnienia i ograniczenia zasobów jednej z najszybciej rozwijających się gospodarek świata. Problem polega na tym, że w Tybecie wszystkie działania poddane są nadrzędnemu celowi politycznemu, jakim jest „utrzymanie stabilności” lub „walka z separatyzmem” – czytaj: osłabianie tybetańskiej tożsamości narodowej i walka z wpływami Dalajlamy, pozostającego na uchodźstwie w Indiach duchowego przywódcy Tybetańczyków.

photo. Marcin Grajek

photo. Marcin Grajek

Od lat 80. Chiny ustanowiły wiele obszarów chronionej przyrody, często poprzez przesiedlenie lub pozbycie się Tybetańczyków, którzy zamieszkiwali te ziemie od pokoleń. Mówiąc językiem chińskich władz, obszary chronione pozwalają na „wprowadzanie mechanizmów społecznej kontroli, zarządzanie zasobami i wprowadzanie ekoturystyki”. Co ciekawe, wyznaczone granice obszarów chronionych mogą ulegać zmianie, w zależności od odkrywania nowych pokładów zasobów mineralnych. Tak było m.in. w przypadku Rezerwatu Źródeł Trzech Rzek, utworzonego w 2000 r. w celu ochrony źródeł Mekongu, Jangcy i Żółtej Rzeki. Granice rezerwatu zostały zmienione, aby umożliwić wydobycie złota w tym regionie.

Rezerwat Źródeł Trzech Rzek pozostaje jednym z najbardziej kontrowersyjnych projektów środowiskowych wdrażanych na Wyżynie Tybetańskiej. W związku z nim przesiedlono setki tysięcy nomadów, co doprowadziło do poważnych problemów społecznych. Jeden z nielicznych niezależnych zachodnich ekonomistów zajmujących się problematyką rozwoju w Tybecie, Andrew Fisher, wskazuje, że duża część protestów – samospaleń wydarzyła się właśnie na terenach dotkniętych przesiedleniami związanymi z tworzeniem rezerwatu. Według Roberta Barnetta z Uniwersytetu Columbia, jednego z czołowych ekspertów w zakresie praw człowieka w Tybecie, projekty przesiedleń są wdrażane siłą, poddane ścisłej kontroli, bez zagwarantowania jakichkolwiek konsultacji. Pomimo ścisłej kontroli związanej z przekazywaniem informacji z i do Tybetu oraz związanych z tym niebezpieczeństw (zdrada tajemnicy państwowej grozi więzieniem), docierają do nas coraz częściej informacje od mieszkańców Tybetu. Lobsang Monlam, tybetański mnich i aktywista napisał w liście przekazanym za granicę: Chińczycy eksploatują zasoby naturalne budując kopalnie, rządowi aparatczycy są wysyłani do tybetańskich wiosek i miasteczek, aby przemocą odbierać nam ziemię. To stało się niemal codziennością w niektórych odległych regionach Tybetu. Korzystając z różnych kruczków prawnych, zmieniają tożsamość Tybetańczyków na chińską, redukując ich status do ni to Tybetańczyka, ni to Chińczyka.

Regres nomadów

Podobne głosy, choć z oczywistych powodów na razie nieliczne, można także usłyszeć ze strony chińskich naukowców. Xia Liwei, badający wpływ przesiedleń w Golmud (tyb. Gormo), tak opisuje obecną sytuację: Pasterze są przywykli do przemieszczania się ze swoimi stadami, poszukiwania dobrej wody i trawy dla swoich stad, ale przesiedlenia zmieniły ich tryb życia: przestali być pasterzami /…/ oczekiwali komfortowego życia w mieście, pokładali dużą wiarę w lokalne władze. Ale nie spodziewali się, że nie tylko stracą oryginalny tryb życia, ale będą cierpieć z powodu, jak to się określa, „czterech problemów”: braku dostępu do mięsa, mleka, maślanej herbaty oraz opału. Ich standard życia generalnie uległ obniżeniu, a na pewno jest gorszy niż innych mieszkańców.

I tu dochodzimy do sedna problemu. W Tybecie koczownik nie był zawodem, który można zdobyć –  koczownikiem należało się urodzić. Kolejne pokolenia nomadów przekazują sobie wiedzę i umiejętność obchodzenia się ze zwierzętami –  leczenia ich, opiekowania się podczas mroźnych zim itd. Nomadzi dzięki zwierzętom mają wszystko, czego potrzebują –  mleko, masło, ser, jogurt, mięso. Nadwyżki służą do wymiany z rolnikami za mąkę jęczmienną, podstawę wyżywienia mieszkańców Tybetu.

Koczownicy to dumni ludzie, kochający swoją wolność, a hodowla zwierząt i brak stałych domostw dawały im dużą niezależność zarówno od pogody, jak i od lokalnych władz, dzięki czemu zdobyli uznanie wśród tybetańskiej społeczności oraz wysoki status społeczny.

Przemieszczając się po olbrzymich przestrzeniach tybetańskich pastwisk poprzecinanych grzbietami gór, nie posiadając stałego adresu, byli trudni do ujarzmienia, zarówno w przeszłości przez lokalne władze, jak i obecnie przez chińskie. W porównaniu do osiadłych rolników, gospodarujących głównie w dolinach rzek, byli także dużo mniej zależni od kaprysów przyrody. Dość liczne stada wytrzymałych zwierząt pozwalają przetrwać najtrudniejsze zimy. Zbiory rolników uzależnione były od wody, słońca czy mrozu i gradu. Żyjąc w dużym rozproszeniu i często oddaleniu od miast, pasterze zachowali wiele swoich obyczajów i tradycji, które nie mieszczą się w rozpędzonej, zglobalizowanej chińskiej rzeczywistości.

Dla wielu tybetańskich pasterzy bycie nomadą jest pojęciem znacznie szerszym niż wędrowny tryb życia towarzyszący wypasowi zwierząt. Związany jest z miejscem, regionem zamieszkania, kulturą, historią, tożsamością, niezależnością itp. Wielu skuszonych rządową propagandą i zasiłkami godzi się na przeniesienie do nowych domostw, oczekując poprawy warunków życia, ale nie mogą przewidzieć degradacji, z której po pozbyciu się ziemi i stad nie ma już powrotu.

Przesiedlanie nomadów to żart –  słyszymy w filmie o ginącym życiu nomadów. Chińskie władze obiecują najróżniejsze rzeczy –  szpitale, szkoły, które nigdy jednak nie powstają. Nomadzi dostają jedynie puste cztery ściany, środki na pokrycie części wstępnych opłat i nikt się później nimi nie zajmuje. Wydają rządowe subwencje, a gdy skończą się pieniądze, nie mają z czego zapłacić rachunków. Wcześniej nie płacili za nic –  ani za elektryczność, ani za jedzenie, ani za wodę. Pozbawieni środków do życia kończą oglądając w telewizji chińskie filmy akcji, upijając się i grając w bilard

Od początku okupacji Tybetańczycy byli ideologicznie przedstawiani jako „barbarzyńcy” lub „zacofani”, teraz coraz częściej stanowią atrakcję folklorystyczną, często specjalnie wspieraną przez władze cepeliadę na użytek przeważnie chińskich turystów.

Według Xia Liwei, chiński rządowy projekt przesiedleń nie tylko pozbawia nomadów „tradycyjnego sposobu życia” i tożsamości, ale także wytwarza syndrom uzależnienia. Coś, co kiedyś nomadowie mieli za darmo, to znaczy w zamian za ciężkie warunki życia i pracę związaną z wypasem stad, czyli ziemię, wodę i pożywienie – teraz muszą kupić za chińskie juany, które otrzymują z państwowego zasiłku lub prac degradujących ich dotychczasową pozycję społeczną.

Chińczycy nazywają ich „ekologicznymi migrantami” – tak jak określa się tych, których przesiedlono z powodu budowy tamy. Jednak bliższe prawdzie wydaje się określenie „wyrzutki” – z dużym prawdopodobieństwem skończą jako alkoholicy, prostytutki czy żebracy.

Degradacja pastwisk

O tym, jakie mogą być dalsze losy tybetańskich pastwisk, kiedy znikną z nich ich tradycyjni mieszkańcy i gospodarze, można się przekonać śledząc los kontrolowanej przez Chiny Mongolii Wewnętrznej, gdzie koczownicze pasterstwo istniało od wieków – nomadzi praktycznie wyginęli, a pastwiska zamieniły się w nieużytki. Złożyło się na to kilka czynników. W większości mongolscy nomadzi hodowali konie i wielbłądy, natomiast Chińczycy zdecydowali o zwiększeniu liczby kóz kaszmirskich w Mongolii, ze względu na ogromne profity, jakie przynosi sprzedawanie kaszmiru w Europie. Kozy te nie są jednak przyjazne pastwiskom, gdyż nie skubią trawy – one ją wyrywają. A ich ostre kopyta dziurawią powierzchnię gleby, doprowadzając do erozji. Degradacja traw została dopełniona przez osiedlenie się na zagarniętej ziemi mongolskich nomadów, co utorowało drogę napływowi chińskich osadników i kopalni, które skaziły środowisko. Osadnicy przekopali ziemie, żeby zasadzić warzywa. Raz poluzowana gleba została porwana przez ostre wiatry znad pustyni Gobi i cały region uległ erozji –  ziemia zmieniła się w pył.

Podobna sytuacja ma miejsce na Płaskowyżu Tybetańskim, gdzie intensywny wyrąb lasów, prowadzony przez Chińczyków od czasu inwazji w 1950 r., zmniejszył zalesienie o 50%. Chińscy żołnierze i osadnicy doprowadzili pomiędzy 1960 a 1970 rokiem do wyginięcia prawie całej dzikiej przyrody Tybetu, zabijając zwierzęta na mięso lub dla sportu. Łąki, niegdyś obfitujące w gazele, antylopy, dzikie osły oraz inne stworzenia, teraz świecą pustką. Czy piecza nad pastwiskami powinna być powierzona temu samemu brutalnemu reżimowi, który dopuścił do tej ekologicznej katastrofy?

Intensywnej kampanii w Tybecie z niepokojem przygląda się diaspora tybetańska. Ochrona środowiska jest „oczkiem w głowie” Jego Świątobliwości Dalajlamy, duchowego przywódcy Tybetu. Niezmiennie powtarza on, że kwestie ekologiczne są jednym z głównych powodów, dla których świat powinien interesować się tym, co chińskie władze robią w Tybecie. Dalajlama na uchodźstwie w Indiach inicjuje szereg działań na rzecz ochrony przyrody. Również w niezależnym dzisiaj już od niego Tybetańskim Rządzie Emigracyjnym sprawnie działa Biuro ds. Środowiska. Jego szef, Tenzin Norbu, tak mówi o sytuacji i konsekwencjach wysiedleń nomadów: Z jednej strony Chińczycy obwiniają nomadów o degradację obszarów trawiastych. A ta degradacja ma miejsce tylko na skutek ich ogradzającej polityki. Bo jeśli otoczy się płotem duże stado, to automatycznie hodowla ulegnie pogorszeniu. Polityka ogradzania wpłynęła także na migrację antylop, poza tym przez tereny pasterskie przebiegają teraz linie kolejowe… Jakby na to nie spojrzeć, nomadzi są dla Chińczyków główną barierą w realizowaniu projektów rozwojowych, których tak naprawdę nie chcemy. Miliony ton węgla zalegają pod tymi pastwiskami. A więc z naukowego punktu widzenia tereny te są bardzo ważne dla utrzymania węglowej równowagi na całej Wyżynie Tybetańskiej. Jesteśmy zaskoczeni tym, że jak podaje aktualny raport UNDP (Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju) stopień pustynnienia Płaskowyżu Tybetańskiego wynosi ponad 2000 km2 w skali roku. To naprawdę wysoki wskaźnik. Teraz, gdy przesiedla się nomadów, nie ma nikogo, kto zająłby się przywróceniem pastwisk. A wskaźnik pustynnienia będzie dalej wzrastał i w 2020 czy 2035 roku zobaczymy całe pastwiska przekształcone w pustynie. Co więcej, pustynnienie jest pogłębiane przez zmiany klimatyczne, globalne ocieplenie i pustynne burze, które nadchodzą z Pustyni Taklamakan i całej Mongolii. To ogromnie przyspiesza proces pustynnienia Tybetu. Ci nomadzi to jedyni ludzie, którzy mogą skutecznie odtworzyć pastwiska. A kiedy się ich stąd wysiedla, i, jakby tego było mało, ich miejsce zajmują spółki kopalniane, nie mamy żadnego oręża w walce z pustynnieniem.

Do 2020 roku, czyli ustanowionego przez chińskie władze terminu „ostatecznego rozwiązania” kwestii wędrujących po wyżynach Tybetu ostatnich nomadów, zostało niewiele czasu. Dlatego organizacje działające na rzecz Tybetu coraz głośniej podnoszą tę kwestię, apelując do polityków o wywarcie wpływu na rząd Chin w celu powstrzymania projektów przesiedleń. Po ich stronie staje coraz więcej ekspertów i naukowców, podkreślających, że to „eksperyment”, którego skutków do końca nie da się przewidzieć. Organizacje, aktywiści i politycy mogą korzystać z szerokiego wachlarza argumentów: praw człowieka, bezpieczeństwa ekologicznego, wpływu pustynnienia na globalne ocieplenie czy też zwykłej moralności. Sam Dalajlama określa obecną sytuację w Tybecie jako „kulturowe ludobójstwo”.

Naszym wyborem jest, czy zajmiemy w tej sprawie jakieś stanowisko oraz czy wpłyniemy na reprezentujących nas ludzi –  polityków, parlamentarzystów, aby zrobili to samo.

PIOTR CYKOWSKI

Piotr Cykowski – koordynator Programu Tybetańskiego Fundacji Inna Przestrzeń: ratujTybet.org

W przygotowaniu tekstu korzystałem z ostatniego raportu Tibetan Center for Human Right and Democracy za rok 2012 tchrd.org. Dziękuję za współpracę Iwonie Bartoszcze. 

źródło: pracownia.org.pl

Artykuł po raz pierwszy został opublikowany w miesięczniku Dzikie Życie z kwietnia 2013 roku.

Oser: Katastrofa górnicza w Lhasie i nasza woda

Zbitka słów „katastrofa górnicza” i „Lhasa” krzyczy, że sprawa jest poważna i daleka od zakończenia. Oczywiście, rzecz pierwsza to ludzkie życie. Pogrzebanych żywcem osiemdziesięciu trzech górników – głównie Hanów, i dwóch Tybetańczyków – oraz mieszkańców zlewni stołecznych strumieni, które toczą w dół wody zatrute przez przemysł wydobywczy.

 Lhasa nigdy wcześniej nie widziała takiej tragedii, ponieważ i tam, i gdzie indziej w Tybecie raczej nie wydobywano nic z ziemi, a już na pewno nie na wielką skalę. I w żadnym razie nie dlatego, że ówcześni panowie tego kraju nie zdawali sobie sprawy z tego, co kryje się pod jego powierzchnią. W rozdziale poświęconym bogactwom naturalnym wspaniałej „Politycznej historii Tybetu” Szakabpy Łangczuka Dedena czytamy, że w ludowych pieśniach minerały nazywano „posiadłościami demona”, który – niepokojony przez górników – zrewanżuje się ludziom suszami, trzęsieniami ziemi, epidemiami i głodem. Tybetańczycy najwyraźniej uważali, że zlokalizowanie owych bogactw nie nastręcza żadnych trudności, jednak ich eksploatacja przypominała im picie drogiej herbaty i trunków w okresie dobrobytu, zwiastując korupcję i łupieżcze podatki.

 Wypadek w Lhasie wywołał żywą dyskusję na Weibo, w którą natychmiast wkroczyła cenzura. Szybkość i metodyczność znikania postów jest jednoznacznym dowodem rządowego nakazu zamykania określonych wątków. Większość z moich sześćdziesięciu wpisów na tym serwisie wyparowała, starałam się jednak natychmiast kopiować to, co czytałam, a wypowiadali się także fachowcy i naoczni świadkowie.

 „Tak, kopali tam na całego, ale nie fatygowali się instalowaniem systemu monitorowania szkód ani wczesnego ostrzegania”.

 „Nie było ani intensywnych opadów, ani wstrząsów skorupy ziemskiej, które mogłyby spowodować obsunięcie się stoku. Ze zdjęć wynika jednoznacznie, że przyczyną katastrofy były odpady górnicze”.

 „Znam to miejsce, pracowali tam też moi koledzy z klasy, po prostu wiem, jak jest. Na zdjęciach widać wyraźnie, że zasypał ich gruz i że potem próbowano to zatuszować. Módlmy się. Módlmy się, żeby wszystkie chińskie koncerny, które tam kopią, przejrzały wreszcie na oczy”.

 Wymowa innych komentarzy była jeszcze smutniejsza.

 „W rejonie Gjamy po prostu nie ma warunków do naturalnych osuwisk, to mogły być tylko odpady wydobywcze. Okropna tragedia”.

 „Rozmawiałem z człowiekiem z ekipy telewizyjnej. To żadna katastrofa naturalna, tylko ludzki błąd i koszmarny brak wyobraźni dyrekcji. Dziennikarze mają przykazane z góry, jak informować ludzi. Zawaliło się nie zbocze góry, tylko gigantyczna, strasznie długa góra luźnego żużlu, pod którą postawiono baraki dla robotników. Kropka, wszystko jasne”.

 „Jeśli przy takich wysokościach i niepewnym otoczeniu nie ma się patentu na bezpieczne rozwiązanie problemu odpadów, to się po prostu nie wydobywa”.

 „Naturalna? Zwaliła się na nich góra? Przysypał ich żużel! Jasne?”.

 „Co w tym jest naturalnego? Czy ktoś zabezpieczył wydrążoną górę? Minimalizują wydatki kosztem ludzkiego życia. Korporacje się bogacą, a konsekwencje ponoszą mieszkańcy tych terenów”.

 Jeśli przyczyną tragedii była faktycznie góra odpadów wydobywczych, to naprawdę jest się czego bać. Okazuje się, że grupie China Gold tak daleko do tego „świata”, którego „klasę” reprezentuje zdaniem samej Rady Państwa, że nie potrafi bezpiecznie wprowadzić z powrotem w górę odpadów pełnych chemikaliów i metali ciężkich, tylko piętrzy je na otwartym powietrzu, żeby całe to świństwo mogło spokojnie dostać się (choćby z deszczem) do wód gruntowych i rozpłynąć w diabły na wszystkie strony ku utrapieniu mieszkańców tego nieszczęsnego regionu.

 Dziura w ziemi na wierzchu, śmietnik pod gołym niebem, do czego to prowadzi? Rzeka, która spływa z tej góry, nazywa się Gjama Zungczu. Swego czasu była jedynym źródłem wody (wszelkiej: do picia, pojenia, podlewania itd.) dla tutejszych, ale od kilku lat ludzie boją się tak, że przywożą ją sobie ze zbocza innego, odległego szczytu. Słyszę, że ten krystaliczny niegdyś strumień bywa teraz biały jak mleko, z syczącą pianką na wierzchu. „Zostałem skierowany do tej osady – napisał na Weibo wiejski aparatczyk – i wiem, że nie można tam pić wody”. W kopalni się chyba za bardzo nie martwią, bo mają specjalny samochód, który codziennie dostarcza im wodę ze stolicy okręgu.

 Prawdę mówiąc, sama też tam kiedyś byłam i rozmawiałam z ziomkami. Powiedzieli mi, że lokalni urzędnicy zabrali próbki do laboratorium w Lhasie i dowiedzieli się, że są skażone trzema truciznami „z nadmiaru ołowiu, miedzi i złota”. Powtarzam słowo w słowo, ale fachowcy tłumaczą mi, że owo „złoto” to najprawdopodobniej cyjanek. Mówi się, że stołeczna instytucja odpowiedzialna za zdrowie publiczne sporządziła opinię, którą przekazano tutejszym władzom i o której nikt już potem nie usłyszał. Wieśniacy słali do urzędu ochrony środowiska w Lhasie listy ze zdjęciami padłych zwierząt, dzikich i domowych, ale wiedzą, że odsyłano je do administracji okręgu.

 Tak poważne skażenie nie jest przecież problemem lokalnym. Wodę do pobliskiej płukalni (którą zbudowano tuż nad porzuconymi dziś polami uprawnymi) pobiera się ze strumienia, który płynie prosto do Lhasy. Do niego też odprowadza się rurami lepkie ścieki. Bawią się w to od pięciu lat, igrając z bezpieczeństwem naszej stolicy i największego sanktuarium.

W 2011 roku organizacja Chiński Dialog opublikowała raport zatytułowany „Groźne kopalnie Tybetu”. Piszą w nim, że w wodach i łożysku rzeki w dolinie poniżej kopalni w Gjamie odnotowuje się „niebezpiecznie wysokie stężenie metali ciężkich” i że trujące „plamy” mogą się przemieszczać na skutek globalnego ocieplenia oraz intensyfikacji prac wydobywczych, rozprzestrzeniając zagrożenie. Czytaj: w Lhasie są od dawna, a to znaczy, że ten koszmar po prostu nie będzie miał końca.

 17 kwietnia 2013

2013-08-12-Lhasas-Water-Resources-1

photo.highpeakspureearth.com

Tłumaczenie artykułu ze strony:  High Peaks Pure Earth

źródł0: wwww.hfhrpol.waw.pl

 

Władze chińskie przerywają wielką ceremonię religijną w Gepasumdo

Helsińska Fundacja Praw Człowieka, 25 lipca 2013: Władze chińskie kazały przerwać abhiszekę Kalaczakry – cykl rozbudowanych buddyjskich rytuałów, błogosławieństwa i nauk, który stał się specjalnością obecnego Dalajlamy – w Gepasumdo (chiń. Tongde), w prefekturze Colho (chiń. Hainan) prowincji Qinghai.  

photo.hfhrpol.waw.pl

 

photo.hfhrpol.waw.pl

Ceremonię miał przeprowadzić dziewięćdziesięcioletni Dragkar Rinpocze, słynny mistrz buddyjski, który spędził wiele lat w więzieniu w czasie rewolucji kulturalnej.

 „Mieszkańcy regionu ubiegali się o zgodę na zorganizowanie tego wydarzenia także w zeszłym roku, ale jej nie uzyskali – mówi źródło Radia Wolna Azja (RFA). – Tym razem odpowiedź władz nie była jednoznaczna, więc zaryzykowali”. Uroczystości rozpoczęły się 17 lipca, uczestniczyły w nich tysiące duchownych, adeptów świeckich i wiernych. „Po odprawieniu wstępnych rytuałów władze kazały jednak przerwać ceremonię i ściągnęły policję. Zmusiło to Rinpoczego do przekazania skróconej wersji pouczeń, po których wezwał Tybetańczyków do zachowania jedności i udzielił zebranym błogosławieństwa długiego życia”.

Przygotowania do przerwanych trzeciego dnia uroczystości, na które ściągnęli mnisi i wierni (także chińscy) z różnych regionów, kosztowały setki tysięcy yuanów. W połowie miesiąca pojawiły się – oficjalnie dementowane – pogłoski o „eksperymentalnym” złagodzeniu restrykcji religijnych w tybetańskich regionach Qinghai i Sichuanu.

źródło: hfhrpol.waw.pl

Wymowne milczenie

Wyjazd polskiej delegacji –  na czele z Marszałkinią Sejmu Ewą Kopacz –  do Chin w samą rocznicę tragicznych wydarzeń na placu Tian’anmen wzbudził ostatnio oburzenie wielu osób. Jednak brak woli, by poprawić sytuację praw człowieka w Chinach, towarzyszy polskiej polityce zagranicznej od lat. Ostatnie wyjazdy przedstawicieli Polski, m.in. Prezydenta i Premiera, do Chin nie miały nic wspólnego z prawami człowieka. Polscy politycy podczas swych wizyt wymownie milczą na ten temat, wysyłając jasny sygnał, że naruszenia praw człowieka w Chinach to nie ich sprawa i nie będą się w nie mieszać. Sygnał ten dociera nie tylko do ich interlokutorów.

więcej:  Wymowne milczenie | NaTemat.pl.

Tybetański Lama w PE: pomóżcie nam w walce o wolność

Tybetański Lama Kirti Rinpoche rozmawiał z eurodeputowanymi nt. sytuacji praw człowieka w Tybecie / photo.europarl.europa.eu

Tybetański Lama Kirti Rinpoche wezwał Parlament Europejski do podjęcia konkretnych działań na rzecz poprawy sytuacji ludności Tybetu, której prawa są notorycznie łamane. Duchowny przedstawił dramatyczny obraz życia swoich rodaków, którzy coraz częściej w ramach protestów przeciwko chińskim represjom dokonują aktów samospalenia. „Tybet do 1959 roku był niepodległy, nie można tego teraz wypaczać!” – mówił.

11. reinkarnacja Kirti Rinpoche – Lobsang Tenzin Jigme Yeshe Gyamtso, opowiadał o trudnym losie swoich rodaków. Cześć z nich, jak mówił, decyduje się na dokonanie aktu samospalenia w ramach protestu przeciw chińskim represjom, prowadzącym do całkowitej destrukcji tybetańskiej kultury i języka. Dodał, że wszyscy, którzy decydują się na tak radykalną formę sprzeciwu, przez władze chińskie uznawani są za terrorystów, ich rodziny zaś spotykają jeszcze dotkliwsze prześladowania.

Przewodnicząca podkomisji Barbara Lochbihler podkreślała podczas spotkania, że parlamentarzyści „regularnie skupiają się na sytuacji Tybetańczyków”. Duchowny poprosił jednak, by Parlament podjął odpowiednie kroki i postarał się wymóc na Chinach wycofanie wojsk, oswobodzenie więźniów politycznych i ich rodzin, oraz zapewnienie możliwości przekroczenia granicy Tybetu przedstawicielom zagranicznych mediów oraz społeczności międzynarodowej.

źródło: www.europarl.europa.eu

więcej informacji na temat sytuacji w Tybecie:

ratujTybet.org

Helsińska Fundacja Praw Człowieka

 

"Reedukacja" przełożonych trzech największych lhaskich klasztorów

Według tybetańskich źródeł czternastu duchownych opatów, umdze i geko, czyli „mistrzów recytacji” i „dyscypliny”, oraz nauczycieli z najważniejszych klasztorów w Lhasie – Drepungu, Gandenu i Sera – wywiezionych ze świątyń w połowie stycznia, przechodzi „reedukację polityczną” w klasztorze Penkar w Nagczu chiń. Naqu, w Tybetańskim Regionie Autonomicznym. „Władze chińskie wezwały ich na ważne zebranie, a następnie zatrzymały i uprowadziły – mówi źródło Radia Wolna Azja RFA. – Wywołało to ogromne zaniepokojenie mnichów „trzech siedzib”, którzy obawiają się powrotu represji, które zgotowano im po wybuchu protestów w 2008 roku”.

źródło: Helsińska Fundacja Praw Człowieka

Dwa lata reedukacji przez pracę za publikacje i zdjęcia Dalajlamy

Dzigme Topgjal, pięćdziesięciopięcioletni biznesmen z Lhasy, który w zeszłym roku uczestniczył w uroczystości buddyjskiej w Indiach, został skazany na dwa lata ciężkich robót za posiadanie „nielegalnych materiałów”. 

Według jednego z krewnych najpierw, w marcu 2012 roku, wraz z setkami innych uczestników odprawionej przez Dalajlamę abhiszeki Kalaczakry, przeszedł dwumiesięczne przesłuchania i reedukację polityczną. „Kiedy go puścili, wrócił do domu na dwa tygodnie i znów został zatrzymany 15 maja”. Tego dnia policja przeprowadziła rewizję w jego domu i sklepie, konfiskując piętnaście płyt z wykładami buddyjskimi i zdjęciami Dalajlamy. „Zabrali też nasze stare radio”.

 Po kilkunastu dniach poszukiwań krewnym udało się ustalić, że Topgjal został skazany na dwa lata ciężkich robót. Informację o tym znaleziono w obwieszczeniu przy bramie stołecznego aresztu śledczego Guca. „Napisali, że był winny uczestniczenia w ceremonii Kalaczakry w Indiach i przywiezienia stamtąd zakazanych przedmiotów. Nawet nie stanął przed sądem. Na dwa lata reedukacji przez pracę skazała go, według własnego widzimisię, policja”. Karę odbywa w Tolungu (gdzie osadzonych jest „jakieś 350 osób, w większości Tybetańczyków ze wschodu, z Khamu i Amdo, którzy byli w Indiach na tej samej ceremonii”); w grudniu rodzinie udało się uzyskać zgodę na widzenie.

Radio Wolna Azja, 20-01-2013

źródło: Helsińska Fundacja Praw Człowieka