Archiwa tagu: demokracja

Apel do prezydenta Hollande?a o cofnięcie zakazu protestów na COP21

Międzynarodowa koalicja organizacji pozarządowych, grup społeczeństwa obywatelskiego i osobistości politycznych, takich jak Naomi Klein i Susan George, zaapelowała do prezydenta Francji o cofnięcie zakazu protestów podczas negocjacji klimatycznych COP21 w Paryżu, które rozpoczną się 30 listopada. Czytaj dalej

Papież Franciszek: Chrześcijanin jest realistą, nie katastrofistą

paris-match-interviewPapież w rozmowie z Caroline Pigozzi („Paris Match”) o tym, dlaczego wybrał imię Franciszek, o pokoju, zmianach klimatycznych, COP21 w Paryżu, kapitaliźmie i Bogu, który nas stworzył, kocha i NIGDY nie zostawia. Czytaj dalej

5 powodów, dla których TTIP to zła wiadomość dla rolników

poster_2015_17_de_abril_ingles_final_corregido_-_cpia_2W piątek 17 kwietnia producenci żywności zgromadzili się z okazji Międzynarodowego Dnia Walki Chłopskiej ogłoszonego przez organizację Via Campesina w rocznicę masakry 19 brazylijskich chłopów, walczących o sprawiedliwość i protestujących przeciwko wysiedleniom w 1996 r. Następnie w sobotę 18 kwietnia tysiące obywateli domagało się powstrzymania umów o wolnym handlu, w tym przerwania negocjacji ws. Transatlantyckiego Partnerstwa Handlowo-Inwestycyjnego (TTIP), przygotowywanego właśnie przez Unią Europejską i Stany Zjednoczone. Co łączy te dwa wydarzenia? Czytaj dalej

Ekspert ONZ: demokracja i różnorodność kluczowe dla rozwiązania problemu głodu na świecie

Genewa, 10 marca 2014 – Specjalny Sprawozdawca ONZ  ds. prawa do żywności, Olivier De Schutter zaapelował dzisiaj o radykalną i demokratyczną zmianę światowych systemów żywnościowych, tak by zagwarantować  wszystkim ludziom dostęp do odpowiedniej żywności i wolności od głodu, co jest jednym z  podstawowych praw człowieka. Czytaj dalej

Keith Taylor: Dlaczego bronimy nasion

nasiona-100x100W najbliższych miesiącach Parlament Europejski będzie głosował w sprawie regulacji prawnej, której uchwalenie grozi przekazaniem większej niż kiedykolwiek przedtem władzy korporacjom agrobiznesowym.

Proponowane przez Komisję Europejską przepisy, w założeniu mające służyć załataniu luk w prawie Unii Europejskiej, spotkały się z mocna krytyką, zarówno ze strony organizacji ekologicznych, jak i zajmujących się tą kwestią eurodeputowanych. Propozycja dotyczy produkcji i wypuszczania na rynek nasion i sadzonek, przy czym regulacja ma dotyczyć zarówno użytku komercyjnego, jak i rolników wymieniających się nasionami.

Co dalej z rolnictwem tradycyjnym

W swojej obecnej formie proponowane przez Komisję nowe przepisy mogą uniemożliwić rolnikom, a nawet ogrodnikom-amatorom zachowywanie ich własnych nasion. Zachowywanie nasion jest tradycyjnym sposobem stosowanym przez rolników i ogrodników – służy kontynuacji upraw bez konieczności kupowania nowych nasion lub popadania w zależność od komercyjnych dostawców.

Konsekwencją przyjęcia wniosku byłby również obowiązek rejestracji odmian nasion, co w rezultacie spowodowałoby ograniczenie swobody ich sprzedaży. Ostatecznie doprowadziłoby to do zmniejszenia liczby dostępnych nasion, a następnie ogromnej redukcji potencjału różnorodności genetycznej.

Propozycja Komisji pojawiła się w kontekście gwałtownych zmian w dziedzinie metod rolniczych w ciągu ostatnich kilku dekad. Pod wpływem interesów korporacyjnych i popierających je rządów nastąpił dramatyczny odwrót od metod tradycyjnych.

Tradycyjne metody rolnicze, takie jak płodozmian, wykorzystanie zarówno zwierząt, jak i roślin do zwiększania żyzności gleby oraz duża ilość małych gospodarstw rodzinnych, wspomagały odporność upraw i urodzajność ziemi, i stanowiły podstawę bezpieczeństwa żywnościowego przez stulecia.

Jednakże na skutek nacisków przemysłu nasiennego i agrochemicznego, szczególnie w krajach rozwijających się, tradycyjne metody uprawiania ziemi zostały zastąpione nowymi metodami przemysłowymi. Małe gospodarstwa zamieniono na mniejszą ilość większych gospodarstw, płodozmian i różnorodność metod rolniczych zastąpiono użyciem nasion hybrydowych, pestycydów i nawozów sztucznych. Zagraża to odporności naszych upraw, co jest szczególnie niepokojące w kontekście zmian klimatu.

Groźny lobbing

Jak mogliście się domyśleć, za tą groźną propozycją nowego prawa, kryją się potężni lobbyści przemysłu nasiennego, którym nowe regulacje przyniosą większą władzę i zyski. Nie interesuje ich przyszłość globalnego bezpieczeństwa żywnościowego ani bioróżnorodność. Im większą będą mieli władzę i kontrolę nad rolnictwem, tym większe będą ich zyski.

Główny aktorem, który stoi za propozycją Komisji Europejskiej, jest stowarzyszenie European Seed Association, które reprezentuje interesy przemysłu nasiennego. Należą do niego między innymi Monsanto Holland i Syngenta Seeds.

Syngenta produkuje m.in. pestycydy neonikotynoidowe obarczane odpowiedzialnością za globalny spadek populacji pszczół. Zniszczenia powodowane przez nieznający granic głód władzy i zysków koncern Monsanto są powszechnie znane. Działalność tych przedsiębiorstw wywołała masowe protesty na całym świecie, ponieważ zmuszają one rolników do uzależniania się od ich nasion i chemikaliów, a w konsekwencji pozbawiają ich źródła utrzymania.

Dlatego fakt, że tym samym organizacjom pozwala się na kształtowanie i ustalanie prawa w Europie, budzi głębokie zaniepokojenie.

Rynek potężnych graczy

Pod koniec stycznia opublikowane zostało studium pokazujące coraz większą koncentrację rynku nasiennego Unii Europejskiej; innymi słowy, koncentrację kontroli nad rynkiem nasiennym w rękach kilku przedsiębiorstw, a także zmniejszenie liczby dostępnych nasion.

Szczególnie uderzające są dane mówiące o tym, że wbrew twierdzeniom lobby nasiennego, które utrzymuje, że nie ma koncentracji rynku nasiennego, 95% procent sektora nasion warzyw jest kontrolowanych przez 5 przedsiębiorstw! Monsanto, przedsiębiorstwo, które w latach 80. działało jedynie w branży agrochemicznej, posiada obecnie 26-procentowy udział w rynku warzyw.

Dalej raport ujawnia, że jesteśmy świadkami redukcji różnorodności upraw rolniczych i ogrodniczych. Według Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO), w ciągu XX w. różnorodność upraw zmniejszyła się o 75%, a jedna trzecia dzisiejszej różnorodności może zostać utracona do r. 2050.

Jestem głęboko zbulwersowany warunkami obecnej propozycji, i wpływem jaki lobby nasienne wywiera na Komisję Europejską.

Ofiarami nowych przepisów mogą stać się rolnicy, ogrodnicy i ogrodnicy amatorzy z mojego własnego okręgu wyborczego. W najbliższy weekend w Brighton odbędzie się „Seedy Sunday(Niedziela Nasienna), doroczne wydarzenie, na którym ludzie wymieniają się nasionami –  weźmie w nim udział około 3000 osób z całego regionu. Hodowcy będą mieli możliwość wyboru nasion z dziesiątek tradycyjnych odmian warzyw ogrodniczych. Poza wymianą nasion odbędą się projekcje filmów, wykłady i pokazy na temat upraw domowych i zachowywania nasion.

Wydarzenie to służy nie tylko kontynuacji rolnictwa przyjaznego środowisku i zrównoważonych upraw, lecz jest również ważnym spotkaniem społeczności ludzi dzielących tę samą pasję.

Wraz z grupą Zielonych w Parlamencie Europejskim sprzeciwiam się obecnym propozycjom Komisji. Zieloni w Parlamencie Europejskim pracują intensywnie na rzecz ich odrzucenia, w tym poprzez poparcie dla dwóch złożonych w Parlamencie dotyczących tej kwestii wniosków. Jesteśmy również współinicjatorami kampanii obywatelskiej przeciwko proponowanym przepisom i stojącym za nimi lobbystom.

Jestem przekonany, że przyszłość naszej żywności i naszego systemu agroekologicznego nie powinna i nie może pozostać w rękach potężnych korporacji, których jedynym celem jest maksymalizacja zysków. Tutaj w Parlamencie będziemy nadal robić wszystko, co w naszej mocy, aby ta propozycja została odrzucona.

Keith Taylor – przedsiębiorca, polityk Partii Zielonych Anglii i Walii. Przez wiele lat był radnym Brighton, a 2010 r. zasiada w Europarlamencie.

Tekst ukazał się pierwotnie na blogu autora. Przeł. Jan Skoczylas dla Zielonych Wiadomości.

zobacz także:

Dorota Metera: Czyje będą nasiona

Vandana Shiva: Ratowanie nasion jest aktem politycznym

List otwarty do instytucji UE ws. wydobycia gazu łupkowego i ropy łupkowej oraz transatlantyckich umów o wolnym handlu

Ponad 400 grup zatroskanych obywateli i organizacji ekologicznych, sprzeciwiających się rozwojowi wydobycia niekonwencjonalnych paliw kopalnych w Europie,  wyraża  głębokie zaniepokojenie kierunkiem, jaki w ostatnim czasie obrała Komisja Europejska w kwestiach dotyczących rewizji regulacji zawartych w Dyrektywie w sprawie oceny oddziaływania na środowisko (EIA), planów związanych ze stworzeniem ram prawnych dla europejskich złóż niekonwencjonalnych paliw kopalnych, a także negocjowanych przez Komisję umów transatlantyckich. 

Europa, dn. 16 stycznia 2014r.

Do Przewodniczącego Komisji Europejskiej José Manuela Barroso;

Do Komisarzy Unii Europejskiej:  ds.  Ochrony Środowiska Naturalnego, Zdrowia Publicznego i Bezpieczeństwa Żywności, ds.  Energii,  ds. Klimatu, ds. Przedsiębiorstw i Przemysłu, ds. Rolnictwa i Rozwoju Obszarów Wiejskich;

Do członków Parlamentu Europejskiego;

Do naszych Prezydentów, Premierów oraz odpowiednich Ministrów w krajach członkowskich.

Przedmiot: Niekonwencjonalne paliwa kopalne  / Dyrektywa  w sprawie oceny oddziaływania na środowisko (EIA) i inne projekty instytucji europejskich.

My, grupy zatroskanych obywateli oraz organizacje działające na rzecz środowiska naturalnego, sprzeciwiające się rozwojowi wydobycia niekonwencjonalnych paliw kopalnych (unconventional fossil fuels, UFF) w Europie, jesteśmy głęboko zaniepokojeni kierunkiem, jaki obrała w ostatnim czasie Komisja Europejska w kwestiach dotyczących rewizji regulacji zawartych w Dyrektywie w sprawie oceny oddziaływania na środowisko (EIA), planów związanych ze stworzeniem ram prawnych dla europejskich złóż niekonwencjonalnych paliw kopalnych, a także negocjowanych umów transatlantyckich i innych projektów Komisji Europejskiej.

Wydobycie gazu i ropy ze skał łupkowych,  gazu zamkniętego (tight gas), jak i wydobycie metanu ze skał węglowych wymagają zastosowania technologii zwanej „szczelinowaniem hydraulicznym” („fracking”). Wiąże się to nierozerwalnie  i na wielu płaszczyznach  z ujemnym wpływem  na środowisko,  na klimat i zdrowie ludzi, a także z naruszeniami wielu podstawowych wolności i praw człowieka.

Główne powody, dla których sprzeciwiamy się stosowaniu tej technologii:

  • W procesie wydobycia zużywa się nieproporcjonalnie duże ilości niezbędnych, podstawowych zasobów: ziemi, wody i powietrza;, niszcząco i w nieodwracalny sposób wpływając na ekosystemy i miejscowe środowisko naturalne;
  • Wydobycie ww. węglowodorów przyczyni się do zwiększenia emisji gazów cieplarnianych  oraz zmieni lub narazi na szwank priorytety polityki energetycznej UE, a także cele związane z zapobieganiem zmianom klimatu. Zamiast odchodzić od energii pozyskiwanej z paliw kopalnych, rozwijać źródła energii odnawialnej i poprawiać efektywność energetyczną, wydobywając  węglowodory ze złóż niekonwencjonalnych  skazujemy się na kolejny cykl brudnych paliw kopalnych;
  • Taki przemysł wydobywczy wymaga systemu rurociągów, stacji ciśnieniowych i węzłów transportowych na wielką skalę, co prowadzi nieuchronnie do przecieków metanu, szacowanych według różnych raportów na poziomie pomiędzy 4% a 11% całkowitej objętości wyprodukowanego gazu. Jako gaz cieplarniany, w cyklu 20-letnim  metan jest 86 razy silniejszy od CO2, co sprawia, że produkcja niekonwencjonalnych paliw kopalnych jest potencjalnie jeszcze bardziej szkodliwa dla klimatu, niż emisja gazów związana ze zużyciem węgla.
  • Mając na uwadze fakt, że przemysł ten wymaga ogromnej liczby pojazdów dla celów transportowych, przedsięwzięcia związane z przemysłem wydobywczym dodatkowo obciążą gospodarkę Unii pod względem nakładów na zniszczoną infrastrukturę (drogi, mosty, itp.). Znakomita większość dróg publicznych w krajach Unii, nie jest przygotowana ani zaprojektowana na przyjęcie dodatkowej ładowności „super-ciężarówek” czy też „pociągów drogowych”, pojazdów, z których ten przemysł korzysta, szczególnie w terenach wiejskich;
  • Znaczna liczba mieszkańców terenów wydobycia, łącznie z osobami, dla których rolnictwo jest jedynym źródłem utrzymania, odczuje bezpośrednio skutki tego rodzaju eksploatacji, co więcej, może ona przyczynić się do wzrostu ubóstwa;
  • Podyktowane względami politycznymi promowanie tego typu działań, stoi w całkowitej sprzeczności z rosnącym zapotrzebowaniem na lokalne systemy gospodarcze oparte na promocji i wykorzystaniu dziedzictwa kulturowego i naturalnego oraz na energiach odnawialnych;
  • Jak wynika z obserwacji i doświadczeń  krajów takich jak Stany Zjednoczone, Kanada czy Australia,  wydobycie niekonwencjonalnych paliw kopalnych wiąże się z uprzemysłowieniem na dużą skalę, ma także ogromny wpływ na planowanie przestrzenne w regionie, a jego skutki odczuwane są szczególnie na gęsto zaludnionych terenach oraz w strefach podatnych na zniszczenie środowiska.

Instytucje Unii Europejskiej opublikowały już raporty z badań pokazujących te zagrożenia. Są one świadome istnienia licznych poddanych ocenie środowiska naukowego badań, wskazujących na wielorakie  niepokojące skutki szczelinowania hydraulicznego.  Decydenci  polityczni zdają się jednak celowo pomijać wszystkie z tych istotnych faktów. Co więcej, nawet opinie bezpośrednio dotkniętych społeczności są brutalnie ignorowane.

Obecne przepisy prawne UE nie gwarantują ustawowego obowiązku oceny oddziaływania na środowisko w przypadku poszukiwania i wydobycia paliw niekonwencjonalnych na obszarze całej Europy, co oznacza całkowite pogwałcenie zasad europejskiej polityki środowiskowej, celów planowania regionalnego i fundamentalnych europejskich wartości. Ten kluczowy wymóg (oceny oddziaływania na środowisko) wymusiłby konieczność wykonywania badań wyjściowych przed rozpoczęciem nowych projektów oraz zagwarantowałby włączenie lokalnych społeczności w proces decyzyjny.

Zamiast tego, Komisja Europejska, w ramach wspólnego działania prezydenta Barroso i krajów takich jak Wielka Brytania, Polska, Rumunia, Czechy i Węgry, przedstawia jedynie zbiór niewiążących rekomendacji, sprzecznych z rezultatami jej własnej oceny wpływu tej działalności na środowisko, wyraźnie wskazującymi na konieczność podjęcia odpowiednich działań ustawodawczych. Złożone uprzednio obietnice „opracowania europejskich ram prawnych dla bezpiecznego i nieszkodliwego wydobycia węglowodorów” nie będą dotrzymane.

Powyższe argumenty, potwierdzone dowodami, były wyrażane wielokrotnie przy różnych okazjach przez grupy zatroskanych obywateli i organizacje ekologiczne, w szczególności w Rezolucji z Korbach. Wydaje się, że nasi politycy nie chcą, lub nie są przygotowani do przyjęcia tych argumentów.

Jest to poważnym zaprzeczeniem zasad demokracji i jasnym znakiem, że szala przechyla się na korzyść niepewnych i krótkotrwałych, wiążących się ze zniszczeniem środowiska profitów finansowych, za cenę zdrowia publicznego, celów zagospodarowania przestrzennego, wartości demokratycznych i podstawowych wolności i praw człowieka. Zaufanie do UE szybko spada, gdy lokalne społeczności są nękane, żyją w poczuciu zagrożenia i muszą borykać się z represjami i łamaniem praw człowieka, tak jak ma to miejsce w Pungesti (Rumunia), gdzie mieszkańcy sprzeciwiający się niszczącym ich środowisko odwiertom są od października ofiarami gwałcenia ich elementarnych praw i wolności oraz nieakceptowalnej przemocy policyjnej, w Barton Moss (Wielka Brytania), gdzie aresztowania przeciwników odwiertów, w tym kobiet ciężarnych, na oczach dzieci, mają miejsce cały czas od kilku tygodni, czy wreszcie w Żurawlowie (Polska), gdzie mieszkańcy są od miesięcy nękani przez firmę wydobywczą Chevron.

Ten stan rzeczy, który powinien zostać wzięty pod uwagę podczas rewizji dyrektywy oceny środowiskowej EIA, musi też być uwzględniony w negocjacjach umów CETA (Comprehensive Economic and Trade Agreement, umowa o wolnym handlu UE-Kanada) i TTIP (Transatlantic Trade and Investment Partnership, umowa o wolnym handlu UE-USA), negocjowanych w całkowitej tajemnicy. Komisja ogłosiła „niewiążące wytyczne ramowe” dotyczące gazu łupkowego. Jak dużej elastyczności należy się spodziewać, biorąc pod uwagę ogromny nacisk ze strony inwestorów i przemysłu energetycznego?

Jeśli chodzi o umowy CETA i TTIP, staje się coraz bardziej oczywiste, że są one nakierowane również na podważenie przepisów REACH (Rozporządzenie (WE) 1907/2006 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 18 grudnia  2006 roku w sprawie rejestracji, oceny, udzielania zezwoleń i stosowanych ograniczeń w zakresie chemikaliów). A przecież są one narzędziem służącym do ograniczenia negatywnego wpływu przemysłu, szczególnie przemysłu chemicznego, który wytwarza chemikalia na potrzeby przemysłu wydobywczego.

Chcielibyśmy także zwrócić uwagę, że zasady arbitrażu pomiędzy przedsiębiorstwami a państwami, zainspirowane Traktatem Karty Energetycznej (Energy Charter Treaty), zostały tak opracowane, że nie służą potrzebom i dobru obywateli, a mają przede wszystkim na celu interes inwestorów. Mogą oni kwestionować przepisy dotyczące ochrony środowiska, tylko dlatego, że stanowią  przeszkodę dla ich inwestycji i w rezultacie zagrażają ich zyskom.

Może to spowodować:

 – Wypłatę wysokich rekompensat finansowych dla przedsiębiorstw, którymi następnie obciążone będą budżety poszczególnych państw członkowskich;

–  Powstanie systemu wolnego handlu opartego na Traktacie Karty Energetycznej, który  bezwzględnie faworyzuje sektor prywatny i inwestorów, kosztem interesu społecznego i suwerenności państw członkowskich.

Jak Unia Europejska może wspierać działalność przemysłową nieodwracalnie szkodliwą dla środowiska, gdy korzyści z tej działalności są niepewne i służą wyłącznie przedsiębiorstwom, często spoza Unii? Jak nasi reprezentanci w instytucjach europejskich mogą poświęcić zdrowie publiczne, jakość środowiska i trwałość zasobów niezbędnych dla życia, zdradzając zaufanie swoich wyborców oraz mandat, jaki ci ostatni im powierzyli?

Wobec takich faktów, trudno się dziwić, że spada zaufanie do Unii Europejskiej.

Z wymienionych powyżej powodów z całą powagą apelujemy  do członków Rady Europejskiej, do najwyższych przedstawicieli Komisji i do Europarlamentarzystów o rozsądek i podjęcie natychmiastowego działania w najlepszym interesie populacji ich krajów i wszystkich obywateli Unii Europejskiej. Zaprzeczanie opisanym powyżej faktom oznaczałoby, że europejscy decydenci polityczni milcząco akceptują szkodliwe skutki szczelinowania hydraulicznego, poświęcając, w najbliższej przyszłości i dla wszystkich przyszłych pokoleń, jakość życia, integralność środowiska i gospodarki lokalne.

Szanowni Członkowie Parlamentu Europejskiego, musicie działać w  sposób zdecydowany i przejrzysty, tak aby  prawo było jednoznaczne. Ocena Oddziaływania na Środowisko konieczna jest w całym cyklu życia odwiertu i powinna zostać przeprowadzona przed rozpoczęciem jakiejkolwiek działalności poszukiwawczej lub konstrukcyjnej (budowy pola wiertniczego, wiercenia, cementowania, zabezpieczenia odwiertu, badania otworów wiertniczych za pomocą metod geofizycznych (wire line logging), itd.). Ze względu na liczne zagrożenia, użycie techniki szczelinowania hydraulicznego w celu poszukiwania i wydobycia paliw kopalnych powinno podlegać obowiązkowej Ocenie Oddziaływania  na Środowisko.

Szanowni Członkowie Rady Europejskiej, Panie Prezydencie Komisji Europejskiej, Szanowni Komisarze, Prezydenci i Premierzy oraz ministrowie, których to dotyczy,  powinniście podjąć zdecydowane działania w kierunku usunięcia z umów CETA/TTIP postanowień  o arbitrażowym rozstrzyganiu sporów pomiędzy inwestorami a państwem, ponieważ uniemożliwią one działanie naszych systemów sądowniczych i mogą zostać użyte do ataku na już obowiązujące priorytety polityki ekologicznej, cele związane ze zmianami klimatycznymi i polityką energetyczną, ochronę konsumentów oraz zasady prawne Unii Europejskiej. Postanowienia te mogą również doprowadzić do wyłączenia niektórych rodzajów działalności spod przepisów REACH, które, jeśli już miałyby  podlegać  zmianom, to należałoby je wzmocnić.

Podpisały organizacje (stan z 29 stycznia 2014 r.): signatures-29-01-14 

zobacz także: List otwarty amerykańskich nauczycieli buddyjskich ws. wydobycia gazu łupkowego

Piotr Cykowski: Nomadzi w odwrocie

dz_logo_glowna-362x107Przez niemal 4000 lat koczowniczy pasterze stawiali czoła ekstremalnym warunkom panującym na Wyżynie Tybetańskiej. Przetrwali tylko dzięki swojej pomysłowości, wytrzymałości i nieustępliwości oraz przystosowaniu do warunków środowiska – dużych wysokości i ciężkich zim. Obecnie muszą zmierzyć się z najtrudniejszym ze wszystkich testem przetrwania – tylko w ciągu dwóch dekad, od 1995 do 2015, władze chińskie zarządziły przymusowe przesiedlenie ponad dwóch milionów tybetańskich nomadów.

Tak rozpoczyna się film Michaela Buckeya pod znamiennym tytułem „Od bycia nomadą do bycia nikim”, który przetłumaczyła w ramach kampanii „prawanomadow.org” Fundacja Inna Przestrzeń. Film i wystawa (z której zdjęcia ilustrują ten artykuł) udostępniane są w celach edukacyjnych –  jesienią 2012 r. w kilkunastu miastach i miejscowościach w Polsce odbyły się pokazy oraz spotkania z młodzieżą.

Znikająca kultura
photo. International Campaign for Tibet

photo. International Campaign for Tibet

Problem nomadów pokazuje jak bardzo splecione są ze sobą polityka, środowisko, kultura i sposób życia. Wyobraź sobie, że twoja miejscowość została najechana przez obce wojsko, które zdecydowało, że wszystkie bogactwa naturalne –  woda, minerały, surowce organiczne –  będą wykorzystywane wyłącznie przez siły okupanta. Kluczowe zasoby zostaną wywiezione do obcych miast, a wszystko to będzie się odbywać w języku, którego nie rozumiesz. Brzmi jak fikcja? Tak właśnie dzieje się obecnie w Tybecie. Jednak znikają nie tylko tybetańskie zasoby, ale także kultura. Tybetańscy nomadowie, którzy od setek lat stanowili jedną z podstaw tybetańskiej gospodarki –  wypasając jaki i kaszmirskie kozy –  są obecnie celem przesiedleń. Na całym Płaskowyżu Tybetańskim setki tysięcy wędrownych pasterzy zmusza się do porzucenia tradycyjnego sposobu życia. Przesiedlenia oznaczają zagładę tybetańskiej kultury.

photo. International Campaign for Tibet

photo. International Campaign for Tibet

Około 40% tybetańskiej populacji to koczowniczy pasterze, nieustannie wędrujący w poszukiwaniu jak najlepszej trawy dla swych trzód, przy okazji zapewniając zwierzętom wystarczającą ilość ruchu. Łąk używa się wymiennie do wypasu jaków, owiec, kóz oraz koni.

Oficjalnie podawanym przez chińskie władze powodem realizacji tych projektów jest ochrona pastwisk przed zniszczeniem przez nadmierny wypas. Oznaczałoby to, że tybetańscy nomadowie i ich ukształtowany przez tysiące lat sposób współżycia z naturą szkodził środowisku Tybetu, w związku z czym muszą zostać przesiedleni, znaleźć nowy sposób na przeżycie, aby chiński rząd mógł skutecznie chronić zniszczone wcześniej własnymi działaniami środowisko. Jak się jednak okazuje, w rzeczywistości za kampanią przesiedleń i oferowania „nowego stylu życia” tybetańskim pasterzom przemawiają zupełnie inne argumenty. Tybetański koczownik, który uciekł do Indii ze względu na projekt przesiedleń, opowiada inną historię: Chiński rząd nie przesiedla nas, aby zachować pastwiska przed nadmiernym wypasem, jak twierdzą. Głównym powodem jest to, że coś wykopują z ziemi. Przywieźli w tym celu ciężkie maszyny, zatrudnili samych Chińczyków. Ewidentnie nie ufają nam na tyle, aby powierzyć taką pracę.

 

photo. Daniel Miller

photo. Daniel Miller

Innymi słowy, chiński rząd był dotychczas dość skuteczny w prowadzeniu bez rozgłosu działalności górniczej w Tybecie, ukrywając ją pod hasłami „przesiedlania ludności nomadycznej i zagwarantowania równowagi na pastwiskach”. Jednak coraz częściej wychodzi na jaw, że Tybetańczycy coraz bardziej spychani są na margines, przypierani do muru, aby nie protestowali przeciwko działalności wydobywczej – niszczącej środowisko na ogromną skalę. Kilka z głośnych w ciągu ostatnich dwóch lat protestów – samospaleń, zostało dokonanych właśnie przez nomadów pozbawionych nadziei na przyszłość.

Według rządowego dokumentu „Opinii Rady Państwa na temat promocji i przyśpieszenia rozwoju na terenach pasterskich”, wydanego w sierpniu 2011 r., podstawowe działania związane z osiedlaniem nomadów mają zostać ukończone do 2015 r., a cały proces zakończony w 2020 r. Oznacza to wyrok śmierci wydany na tradycyjny styl życia ok. 2,5 miliona pasterzy, ich stada, zgromadzoną przez tysiące lat i przekazywaną z pokolenia na pokolenie wiedzę o gospodarowaniu zgodnym z otaczającą przyrodą, a tym samym na istotny element kultury materialnej Tybetu. Wydaje się, że w tym właśnie tkwi klucz do zrozumienia szalonego planu chińskich strategów: po poddaniu tybetańskich klasztorów całkowitej kontroli przez Partię Komunistyczną, przyszedł czas na „okiełznanie” ostatniego niezależnego fragmentu tybetańskiej tożsamości kulturowej, która pod wpływem chińskiej okupacji przekształciła się w świadomość i tożsamość narodową.

photo. International Campaign for Tibet

photo. International Campaign for Tibet

Czyimi rękoma dojdzie do rozmontowania kultury i tożsamości Tybetańczyków? Chińskie władze dostarczą jedynie narzędzi i zachęt ekonomicznych (np. w postaci pojedynczych dotacji czy rekompensat) do osiedlania się. Eksperci ostrzegają, że „nowe socjalistyczne wioski”, tworzone w celu przesiedlenia około 80% wiejskiej populacji Tybetu, mogą stać się źródłem „agresywnych i brutalnych” zachowań, a nie miejscem przynoszącym dobrobyt Tybetańczykom. Już teraz dokumenty nagrywane ukrytą kamerą w takich osiedlach pokazują społeczną degradację nowych mieszkańców. I to w czasie, gdy na świecie zaczyna się doceniać „rdzenną wiedzę” (indigenious knowledge) związaną z środowiskiem oraz gospodarowaniem na zachowanych jeszcze nielicznych obszarach, które ostały się mało przekształcone przez człowieka.

Przyroda jako zasoby

Chiny uczyniły z ochrony środowiska jeden z tematów strategicznych, zdając sobie sprawę z przeludnienia i ograniczenia zasobów jednej z najszybciej rozwijających się gospodarek świata. Problem polega na tym, że w Tybecie wszystkie działania poddane są nadrzędnemu celowi politycznemu, jakim jest „utrzymanie stabilności” lub „walka z separatyzmem” – czytaj: osłabianie tybetańskiej tożsamości narodowej i walka z wpływami Dalajlamy, pozostającego na uchodźstwie w Indiach duchowego przywódcy Tybetańczyków.

photo. Marcin Grajek

photo. Marcin Grajek

Od lat 80. Chiny ustanowiły wiele obszarów chronionej przyrody, często poprzez przesiedlenie lub pozbycie się Tybetańczyków, którzy zamieszkiwali te ziemie od pokoleń. Mówiąc językiem chińskich władz, obszary chronione pozwalają na „wprowadzanie mechanizmów społecznej kontroli, zarządzanie zasobami i wprowadzanie ekoturystyki”. Co ciekawe, wyznaczone granice obszarów chronionych mogą ulegać zmianie, w zależności od odkrywania nowych pokładów zasobów mineralnych. Tak było m.in. w przypadku Rezerwatu Źródeł Trzech Rzek, utworzonego w 2000 r. w celu ochrony źródeł Mekongu, Jangcy i Żółtej Rzeki. Granice rezerwatu zostały zmienione, aby umożliwić wydobycie złota w tym regionie.

Rezerwat Źródeł Trzech Rzek pozostaje jednym z najbardziej kontrowersyjnych projektów środowiskowych wdrażanych na Wyżynie Tybetańskiej. W związku z nim przesiedlono setki tysięcy nomadów, co doprowadziło do poważnych problemów społecznych. Jeden z nielicznych niezależnych zachodnich ekonomistów zajmujących się problematyką rozwoju w Tybecie, Andrew Fisher, wskazuje, że duża część protestów – samospaleń wydarzyła się właśnie na terenach dotkniętych przesiedleniami związanymi z tworzeniem rezerwatu. Według Roberta Barnetta z Uniwersytetu Columbia, jednego z czołowych ekspertów w zakresie praw człowieka w Tybecie, projekty przesiedleń są wdrażane siłą, poddane ścisłej kontroli, bez zagwarantowania jakichkolwiek konsultacji. Pomimo ścisłej kontroli związanej z przekazywaniem informacji z i do Tybetu oraz związanych z tym niebezpieczeństw (zdrada tajemnicy państwowej grozi więzieniem), docierają do nas coraz częściej informacje od mieszkańców Tybetu. Lobsang Monlam, tybetański mnich i aktywista napisał w liście przekazanym za granicę: Chińczycy eksploatują zasoby naturalne budując kopalnie, rządowi aparatczycy są wysyłani do tybetańskich wiosek i miasteczek, aby przemocą odbierać nam ziemię. To stało się niemal codziennością w niektórych odległych regionach Tybetu. Korzystając z różnych kruczków prawnych, zmieniają tożsamość Tybetańczyków na chińską, redukując ich status do ni to Tybetańczyka, ni to Chińczyka.

Regres nomadów

Podobne głosy, choć z oczywistych powodów na razie nieliczne, można także usłyszeć ze strony chińskich naukowców. Xia Liwei, badający wpływ przesiedleń w Golmud (tyb. Gormo), tak opisuje obecną sytuację: Pasterze są przywykli do przemieszczania się ze swoimi stadami, poszukiwania dobrej wody i trawy dla swoich stad, ale przesiedlenia zmieniły ich tryb życia: przestali być pasterzami /…/ oczekiwali komfortowego życia w mieście, pokładali dużą wiarę w lokalne władze. Ale nie spodziewali się, że nie tylko stracą oryginalny tryb życia, ale będą cierpieć z powodu, jak to się określa, „czterech problemów”: braku dostępu do mięsa, mleka, maślanej herbaty oraz opału. Ich standard życia generalnie uległ obniżeniu, a na pewno jest gorszy niż innych mieszkańców.

I tu dochodzimy do sedna problemu. W Tybecie koczownik nie był zawodem, który można zdobyć –  koczownikiem należało się urodzić. Kolejne pokolenia nomadów przekazują sobie wiedzę i umiejętność obchodzenia się ze zwierzętami –  leczenia ich, opiekowania się podczas mroźnych zim itd. Nomadzi dzięki zwierzętom mają wszystko, czego potrzebują –  mleko, masło, ser, jogurt, mięso. Nadwyżki służą do wymiany z rolnikami za mąkę jęczmienną, podstawę wyżywienia mieszkańców Tybetu.

Koczownicy to dumni ludzie, kochający swoją wolność, a hodowla zwierząt i brak stałych domostw dawały im dużą niezależność zarówno od pogody, jak i od lokalnych władz, dzięki czemu zdobyli uznanie wśród tybetańskiej społeczności oraz wysoki status społeczny.

Przemieszczając się po olbrzymich przestrzeniach tybetańskich pastwisk poprzecinanych grzbietami gór, nie posiadając stałego adresu, byli trudni do ujarzmienia, zarówno w przeszłości przez lokalne władze, jak i obecnie przez chińskie. W porównaniu do osiadłych rolników, gospodarujących głównie w dolinach rzek, byli także dużo mniej zależni od kaprysów przyrody. Dość liczne stada wytrzymałych zwierząt pozwalają przetrwać najtrudniejsze zimy. Zbiory rolników uzależnione były od wody, słońca czy mrozu i gradu. Żyjąc w dużym rozproszeniu i często oddaleniu od miast, pasterze zachowali wiele swoich obyczajów i tradycji, które nie mieszczą się w rozpędzonej, zglobalizowanej chińskiej rzeczywistości.

Dla wielu tybetańskich pasterzy bycie nomadą jest pojęciem znacznie szerszym niż wędrowny tryb życia towarzyszący wypasowi zwierząt. Związany jest z miejscem, regionem zamieszkania, kulturą, historią, tożsamością, niezależnością itp. Wielu skuszonych rządową propagandą i zasiłkami godzi się na przeniesienie do nowych domostw, oczekując poprawy warunków życia, ale nie mogą przewidzieć degradacji, z której po pozbyciu się ziemi i stad nie ma już powrotu.

Przesiedlanie nomadów to żart –  słyszymy w filmie o ginącym życiu nomadów. Chińskie władze obiecują najróżniejsze rzeczy –  szpitale, szkoły, które nigdy jednak nie powstają. Nomadzi dostają jedynie puste cztery ściany, środki na pokrycie części wstępnych opłat i nikt się później nimi nie zajmuje. Wydają rządowe subwencje, a gdy skończą się pieniądze, nie mają z czego zapłacić rachunków. Wcześniej nie płacili za nic –  ani za elektryczność, ani za jedzenie, ani za wodę. Pozbawieni środków do życia kończą oglądając w telewizji chińskie filmy akcji, upijając się i grając w bilard

Od początku okupacji Tybetańczycy byli ideologicznie przedstawiani jako „barbarzyńcy” lub „zacofani”, teraz coraz częściej stanowią atrakcję folklorystyczną, często specjalnie wspieraną przez władze cepeliadę na użytek przeważnie chińskich turystów.

Według Xia Liwei, chiński rządowy projekt przesiedleń nie tylko pozbawia nomadów „tradycyjnego sposobu życia” i tożsamości, ale także wytwarza syndrom uzależnienia. Coś, co kiedyś nomadowie mieli za darmo, to znaczy w zamian za ciężkie warunki życia i pracę związaną z wypasem stad, czyli ziemię, wodę i pożywienie – teraz muszą kupić za chińskie juany, które otrzymują z państwowego zasiłku lub prac degradujących ich dotychczasową pozycję społeczną.

Chińczycy nazywają ich „ekologicznymi migrantami” – tak jak określa się tych, których przesiedlono z powodu budowy tamy. Jednak bliższe prawdzie wydaje się określenie „wyrzutki” – z dużym prawdopodobieństwem skończą jako alkoholicy, prostytutki czy żebracy.

Degradacja pastwisk

O tym, jakie mogą być dalsze losy tybetańskich pastwisk, kiedy znikną z nich ich tradycyjni mieszkańcy i gospodarze, można się przekonać śledząc los kontrolowanej przez Chiny Mongolii Wewnętrznej, gdzie koczownicze pasterstwo istniało od wieków – nomadzi praktycznie wyginęli, a pastwiska zamieniły się w nieużytki. Złożyło się na to kilka czynników. W większości mongolscy nomadzi hodowali konie i wielbłądy, natomiast Chińczycy zdecydowali o zwiększeniu liczby kóz kaszmirskich w Mongolii, ze względu na ogromne profity, jakie przynosi sprzedawanie kaszmiru w Europie. Kozy te nie są jednak przyjazne pastwiskom, gdyż nie skubią trawy – one ją wyrywają. A ich ostre kopyta dziurawią powierzchnię gleby, doprowadzając do erozji. Degradacja traw została dopełniona przez osiedlenie się na zagarniętej ziemi mongolskich nomadów, co utorowało drogę napływowi chińskich osadników i kopalni, które skaziły środowisko. Osadnicy przekopali ziemie, żeby zasadzić warzywa. Raz poluzowana gleba została porwana przez ostre wiatry znad pustyni Gobi i cały region uległ erozji –  ziemia zmieniła się w pył.

Podobna sytuacja ma miejsce na Płaskowyżu Tybetańskim, gdzie intensywny wyrąb lasów, prowadzony przez Chińczyków od czasu inwazji w 1950 r., zmniejszył zalesienie o 50%. Chińscy żołnierze i osadnicy doprowadzili pomiędzy 1960 a 1970 rokiem do wyginięcia prawie całej dzikiej przyrody Tybetu, zabijając zwierzęta na mięso lub dla sportu. Łąki, niegdyś obfitujące w gazele, antylopy, dzikie osły oraz inne stworzenia, teraz świecą pustką. Czy piecza nad pastwiskami powinna być powierzona temu samemu brutalnemu reżimowi, który dopuścił do tej ekologicznej katastrofy?

Intensywnej kampanii w Tybecie z niepokojem przygląda się diaspora tybetańska. Ochrona środowiska jest „oczkiem w głowie” Jego Świątobliwości Dalajlamy, duchowego przywódcy Tybetu. Niezmiennie powtarza on, że kwestie ekologiczne są jednym z głównych powodów, dla których świat powinien interesować się tym, co chińskie władze robią w Tybecie. Dalajlama na uchodźstwie w Indiach inicjuje szereg działań na rzecz ochrony przyrody. Również w niezależnym dzisiaj już od niego Tybetańskim Rządzie Emigracyjnym sprawnie działa Biuro ds. Środowiska. Jego szef, Tenzin Norbu, tak mówi o sytuacji i konsekwencjach wysiedleń nomadów: Z jednej strony Chińczycy obwiniają nomadów o degradację obszarów trawiastych. A ta degradacja ma miejsce tylko na skutek ich ogradzającej polityki. Bo jeśli otoczy się płotem duże stado, to automatycznie hodowla ulegnie pogorszeniu. Polityka ogradzania wpłynęła także na migrację antylop, poza tym przez tereny pasterskie przebiegają teraz linie kolejowe… Jakby na to nie spojrzeć, nomadzi są dla Chińczyków główną barierą w realizowaniu projektów rozwojowych, których tak naprawdę nie chcemy. Miliony ton węgla zalegają pod tymi pastwiskami. A więc z naukowego punktu widzenia tereny te są bardzo ważne dla utrzymania węglowej równowagi na całej Wyżynie Tybetańskiej. Jesteśmy zaskoczeni tym, że jak podaje aktualny raport UNDP (Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju) stopień pustynnienia Płaskowyżu Tybetańskiego wynosi ponad 2000 km2 w skali roku. To naprawdę wysoki wskaźnik. Teraz, gdy przesiedla się nomadów, nie ma nikogo, kto zająłby się przywróceniem pastwisk. A wskaźnik pustynnienia będzie dalej wzrastał i w 2020 czy 2035 roku zobaczymy całe pastwiska przekształcone w pustynie. Co więcej, pustynnienie jest pogłębiane przez zmiany klimatyczne, globalne ocieplenie i pustynne burze, które nadchodzą z Pustyni Taklamakan i całej Mongolii. To ogromnie przyspiesza proces pustynnienia Tybetu. Ci nomadzi to jedyni ludzie, którzy mogą skutecznie odtworzyć pastwiska. A kiedy się ich stąd wysiedla, i, jakby tego było mało, ich miejsce zajmują spółki kopalniane, nie mamy żadnego oręża w walce z pustynnieniem.

Do 2020 roku, czyli ustanowionego przez chińskie władze terminu „ostatecznego rozwiązania” kwestii wędrujących po wyżynach Tybetu ostatnich nomadów, zostało niewiele czasu. Dlatego organizacje działające na rzecz Tybetu coraz głośniej podnoszą tę kwestię, apelując do polityków o wywarcie wpływu na rząd Chin w celu powstrzymania projektów przesiedleń. Po ich stronie staje coraz więcej ekspertów i naukowców, podkreślających, że to „eksperyment”, którego skutków do końca nie da się przewidzieć. Organizacje, aktywiści i politycy mogą korzystać z szerokiego wachlarza argumentów: praw człowieka, bezpieczeństwa ekologicznego, wpływu pustynnienia na globalne ocieplenie czy też zwykłej moralności. Sam Dalajlama określa obecną sytuację w Tybecie jako „kulturowe ludobójstwo”.

Naszym wyborem jest, czy zajmiemy w tej sprawie jakieś stanowisko oraz czy wpłyniemy na reprezentujących nas ludzi –  polityków, parlamentarzystów, aby zrobili to samo.

PIOTR CYKOWSKI

Piotr Cykowski – koordynator Programu Tybetańskiego Fundacji Inna Przestrzeń: ratujTybet.org

W przygotowaniu tekstu korzystałem z ostatniego raportu Tibetan Center for Human Right and Democracy za rok 2012 tchrd.org. Dziękuję za współpracę Iwonie Bartoszcze. 

źródło: pracownia.org.pl

Artykuł po raz pierwszy został opublikowany w miesięczniku Dzikie Życie z kwietnia 2013 roku.

Przepełniony (słusznym) gniewem marksista: Wywiad z Dalajlamą

HHDLNYJ.Ś. Dalajlama: W obliczu niesprawiedliwości gospodarczej czy jakiejkolwiek innej,  dla osoby religijnej pozostawanie obojętnym jest czymś całkowicie niewłaściwym.  Ludzie religijni muszą walczyć, żeby   te problemy rozwiązać. Czytaj dalej

Umowa o Wolnym Handlu EU-USA: Otwarte drzwi dla GMO?

photo.euractive.com

photo.euractive.com

W końcu czerwca mają się oficjalnie rozpocząć negocjacje w sprawie nowego porozumienia handlowego, znanego jako Transatlantyckie Partnerstwo Handlowo-Inwestycyjne (Transatlantic Trade and Investment Partnership -TTIP). Planuje się stworzenie największego na świecie obszaru wolnego handlu, „ochronę” inwestycji i dostosowanie przepisów. Podczas gdy jest to atrakcyjne dla wielkiego biznesu, umowa ta stanowi poważne zagrożenie dla zwykłych obywateli po obu stronach Atlantyku, ponieważ może oznaczać osłabienie standardów ochrony pracy, ochrony społecznej, ekologicznej oraz konsumentów. Jedno z największych zagrożeń dotyczy determinacji negocjatorów amerykańskich do użycia umowy handlowej dla otwarcia rynku Unii Europejskiej na uprawy i żywność GMO.

Negocjacje dotyczą wszystkiego

Program negocjacji jest bardzo szeroki. Zgodnie z ujawnioną roboczą wersją mandatu UE najprawdopodobniej będą one dotyczyć „towarów i usług, a także przepisów związanych z kwestiami handlu i inwestycji, ze szczególnym naciskiem na usunięcie niepotrzebnych barier prawnych”, w celu promocji „niewykorzystanego potencjału prawdziwie transatlantyckiego rynku”. W zasadzie oznacza to zajęcie się tym wszystkim, co Urząd Przedstawiciela Stanów Zjednoczonych ds. Handlu (Office of the United States Trade Representative) uważa za „bariery techniczne dla handlu”, włączając w to restrykcje Unii Europejskiej dotyczące GMO. (zobacz na str.61)

Jedną z głównych części negocjacji jest założenie, że zarówno UE, jaki i USA powinny uznawać wzajemnie swoje zasady i uregulowania prawne, co w praktyce może zredukować przepisy do najniższego wspólnego mianownika. W języku oficjalnym mówi się o „wzajemnym uznaniu” standardów, lub tak zwanej redukcji barier pozataryfowych. Jednak dla UE może to oznaczać zaakceptowanie amerykańskich standardów w wielu dziedzinach, w tym żywności i rolnictwa, które są niższe niż w Europie.

Przedstawiciele administracji amerykańskiej, przy każdej nadarzającej się okazji mówią bardzo wyraźnie, że ich celem jest zniesienia wszelkich tak zwanych barier dla handlu, w tym wysoce kontrowersyjnych przepisów takich jak te, służące ochronie rolnictwa, żywności i danych osobistych. Liderzy Senackiej Komisji ds. Finansów w liście do Przedstawiciela Handlowego USA, Rona Kirka, dali jasno do zrozumienia, że jakakolwiek umowa musi również zmniejszyć restrykcje Unii Europejskiej dotyczące upraw modyfikowanych genetycznie, kurczaków odkażanych chlorem i wołowiny produkowanej z użyciem hormonów.

Wyjątkowa okazja dla wielkiego biznesu

Przedmiot negocjacji jest tak szeroki, że w lobbing w tej sprawie zaangażowane są grupy reprezentujące szeroki wachlarz organizacji –  od Toyoty i General Motors, po przemysł farmaceutyczny i IBM, nie mówiąc o Izbie Handlowej USA, jednej z najpotężniejszych korporacyjnych grup hobbistycznych w USA. Na początku 2012 roku, Business Europe, główna organizacja reprezentująca europejskich pracodawców, opracowała swoją własna strategię w kwestii partnerstwa handlowego, i jej sugestie zostały w znacznej części włączone do roboczego stanowiska UE. Jeśli chodzi o rolnictwo, ich żądania zawierają „ambitną liberalizację barier rolniczych z tak małą liczbą wyjątków, jak to tylko możliwe.” Podobnie, Food and Drink Europe, grupa lobbistyczna reprezentująca największe przedsiębiorstwa żywnościowe (Unilever, Kraft, Nestle etc.), z zadowoleniem przyjęła rozpoczęcie negocjacji, a jednym z ich głównych żądań jest zliberalizowanie przepisów dotyczących obecności niewielkich ilości nieautoryzowanych upraw roślin modyfikowanych genetycznie. Ten lansowany od wielu lat program wspierają również giganty paszowe i nasienne, w tym Cargill, Bunge i ADM, a także grupa lobbingowa rolnictwa wielkoprzemysłowego, COPA-COGECA. Jednocześnie, przemysł biotechnologiczny po obu stronach oceanu oferuje swoje „wsparcie i pomoc, gdy UE i USA dążą do rozszerzenia swojego partnerstwa handlowego.”

Nie ulega wątpliwości, że to porozumienie handlowe stanowi wyjątkową okazję na osiągnięcie poprzez nieprzejrzyste negocjacje za zamkniętymi drzwiami, celów, które były jak do tej pory niemożliwe do zrealizowania w sposób jawny i demokratyczny. Częścią taktyki używanej do otwarcia Europy na GMO było zaangażowanie amerykańskiej dyplomacji, co zostało niedawno ujawnione w raporcie Food and Water Europe. TTIP oferuje znakomity sposób na obejście potężnego sprzeciwu obywateli UE wobec GMO, potwierdzonego przez wszystkie badania opinii społecznej w Europie.

Według zawodowego lobbisty „Negocjacje pomiędzy UE a USA dają wielu amerykańskim przedsiębiorstwom drugą szansę na skuteczne zrealizowanie swoich interesów w Europie. Dzięki temu procesowi dla różnych sektorów gospodarki walczących od dziesięcioleci o zmianę, w ciągu krótkiego okresu czasu koło fortuny może obrócić się o 180 stopni.” I oczywiście, „Amerykańskie przedsiębiorstwa nasienne, które od dekady toczą walkę o przełamanie impasu w kwestii autoryzacji swoich nasion GMO, będą teraz obecne z niebywałą szansą na zmianę całego procesu, tak by odpowiadał ich potrzebom.”

Tłumaczenie: Jan Skoczylas

źródło: corporateeurope.org

Artykuł udostępniony na licencji Creative Commons Attribution-NonCommercial-ShareAlike 3.0 Unported License.

zobacz także: Transatlantycka Karta Praw Korporacji