Archiwa tagu: ekologia głeboka

Joana Macy: Wielka Zmiana

Joanna Macy: Wielka Zmiana jest przejściem od Społeczeństwa Wzrostu Przemysłowego do cywilizacji podtrzymującej życie. Czytaj dalej

Nie żyje Janusz Korbel ? twórca i założyciel Pracowni na rzecz Wszystkich Istot

2015-08-janusz-korbel-09-300Dzisiaj, 7 sierpnia, w wieku 69 lat zmarł nasz przyjaciel i nauczyciel Janusz Korbel, założyciel i wieloletni lider Pracowni na rzecz Wszystkich Istot, twórca i wieloletni redaktor naczelny Miesięcznika Dzikie Życie. Żegnamy naszego przyjaciela pogrążeni w bólu i smutku. Czytaj dalej

Ryszard Kulik: Trzy poziomy wpływu

Podobnie jak Thoreau, wyobrażam sobie, że większość ludzi wiedzie żywot w cichej desperacji. Stopień odcięcia od przyrody, od innych ludzi oraz w końcu od siebie samego musi przynosić zatrważające skutki w postaci pokładów cierpienia, które następnie są tłumione i znieczulane cywilizacyjnymi gadżetami i konsumpcyjnym rozpasaniem. Czytaj dalej

Beskid Mały: 5 tysięcy podpisów za ochroną ludzi, krajobrazu i przyrody

23 kwietnia 2014 r. to ważny dzień w Andrychowie. Właśnie wtedy zostały wręczone Burmistrzowi Tomaszowi Żakowi podpisy 5 tysięcy osób, którzy domagają się zaprzestania forsowania szkodliwych dla ludzi, przyrody i krajobrazu inwestycji narciarskich na terenie Parku Krajobrazowego Beskidu Małego. Zabrane przez lokalnych mieszkańców podpisy to wyraz troski polskiego społeczeństwa o dalsze losy tego miejsca.

beskid_maly (1)

Do 16 maja br. trwają konsultacje społeczne dotyczące zmiany Studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego gminy Andrychów. Największe kontrowersje budzą plany budowy ogromnego ośrodka narciarskiego w Beskidzie Małym –  na bagatela 300 ha terenów leśnych parku krajobrazowego. Dlaczego ten pomysł budzi społeczny sprzeciw?

1. Według portalu branżowego forsal.pl (05.01.2014) rynek narciarski w Polsce już jest mocno przesycony i czeka go ostra selekcja.

2. W polskich górach funkcjonuje ponad 100 ośrodków narciarskich i nie ma już ekonomicznego sensu budować kolejnych.

3. Jak wskazują badania (Nature, 2014 vol. 506) zmiany klimatyczne doprowadzą do drastycznego obniżenia ilości dni z naturalną pokrywą śnieżną i podnoszenia się wysokości jego zalegania na stokach. Problemy będą miały nawet ośrodki w szwajcarskich Alpach, gdzie czas zalegania naturalnej pokrywy śnieżnej nadającej się do uprawiania narciarstwa spadnie nawet do 30 dni w sezonie!

4. Beskid Mały to jedno z najniższych pasm górskich w Karpatach, szczyty nie przekraczają tu 900 m n.p.m. Tak nisko położony ośrodek nigdy nie będzie miał dobrych, naturalnych warunków śniegowych, co już pokazały dwie ostatnie zimy. Dla sztucznego zaśnieżania tak ogromnej inwestycji nie ma natomiast wystarczających zasobów wodnych.

5. Burmistrz zmienia Studium pod interesy prywatnego inwestora, które zostały zaprezentowane w 2012 r. na spotkaniu pn. „Uwarunkowania przyrodnicze a możliwości realizacji inwestycji narciarsko-turystycznych w Beskidzie Małym w okolicy Leskowca”.

6. Plany zagospodarowania narciarskiego 300 ha terenu parku krajobrazowego stoją w skrajnej sprzeczności z zapisami Strategii Rozwoju Gminy Andrychów na lata 2006-2015, w  której czytamy: Odrzucamy iluzoryczny, krótkotrwały rozwój gospodarczy odbywający się kosztem środowiska naturalnego.

Lokalne władze opierają więc rozwój gminy i bezpieczeństwo społeczno-gospodarcze jej mieszkańców o niepewną dziedzinę gospodarki jaką jest turystyka narciarska, w dodatku wbrew przyjętej strategii rozwoju.

Pewnym, a przede wszystkim wielosezonowym, walorem gminy jest jej wciąż niezniszczona przyroda. W porównaniu z innymi Beskidami, Beskid Mały jest mało zagospodarowany a przez to urzekający swoim naturalnym pięknem. To góry dla prawdziwego turysty, co mogłoby stanowić silną podstawę oferty turystycznej gminy i służyć stabilnemu rozwojowi społeczno-gospodarczemu regionu.

Planowane inwestycje nie mają nic wspólnego z zasadą zrównoważonego rozwoju. Przeznaczenie ogromnego obszaru zwartych kompleksów leśnych pod inwestycje narciarskie będzie destrukcyjne dla ważnych dla UE gatunków zwierząt tj. wilka, rysia i niedźwiedzia. Zagrożonych będzie także wiele innych chronionych gatunków np. ptaków czy nietoperzy podlegających ochronie na mocy krajowego i europejskiego prawa środowiskowego.

W sprawie ważny jest także wątek społeczny. Rejon aktywizacji narciarskiej zaplanowano nie tylko kosztem cennej przyrody, ale i domostw mieszkańców górskich przysiółków. To lokalna społeczność stała się iskrą zapalną dla oddolnego ruchu społecznego, który domaga się ochrony przyrody, ludzi i krajobrazu Beskidu Małego.

– 5 tysięcy osób dostrzega inną drogę rozwoju gminy niż zniszczenie jej największego atutu –  przyrody Parku Krajobrazowego Beskidu Małego. Plany inwestora stoją w ewidentnej sprzeczności z interesem społecznym, a także interesem mieszkańców. Burmistrz Andrychowa musi wziąć to pod uwagę przy zmianie Studium, inaczej to samo społeczeństwo rozliczy go przy wyborach
– mówi Radosław Ślusarczyk, prezes Stowarzyszenia.

źródło: www.ekonews.com.pl

zobacz także: Beskid Mały – prawo do rozrywki kontra prawo do życia

Piotr Cykowski: Nomadzi w odwrocie

dz_logo_glowna-362x107Przez niemal 4000 lat koczowniczy pasterze stawiali czoła ekstremalnym warunkom panującym na Wyżynie Tybetańskiej. Przetrwali tylko dzięki swojej pomysłowości, wytrzymałości i nieustępliwości oraz przystosowaniu do warunków środowiska – dużych wysokości i ciężkich zim. Obecnie muszą zmierzyć się z najtrudniejszym ze wszystkich testem przetrwania – tylko w ciągu dwóch dekad, od 1995 do 2015, władze chińskie zarządziły przymusowe przesiedlenie ponad dwóch milionów tybetańskich nomadów.

Tak rozpoczyna się film Michaela Buckeya pod znamiennym tytułem „Od bycia nomadą do bycia nikim”, który przetłumaczyła w ramach kampanii „prawanomadow.org” Fundacja Inna Przestrzeń. Film i wystawa (z której zdjęcia ilustrują ten artykuł) udostępniane są w celach edukacyjnych –  jesienią 2012 r. w kilkunastu miastach i miejscowościach w Polsce odbyły się pokazy oraz spotkania z młodzieżą.

Znikająca kultura
photo. International Campaign for Tibet

photo. International Campaign for Tibet

Problem nomadów pokazuje jak bardzo splecione są ze sobą polityka, środowisko, kultura i sposób życia. Wyobraź sobie, że twoja miejscowość została najechana przez obce wojsko, które zdecydowało, że wszystkie bogactwa naturalne –  woda, minerały, surowce organiczne –  będą wykorzystywane wyłącznie przez siły okupanta. Kluczowe zasoby zostaną wywiezione do obcych miast, a wszystko to będzie się odbywać w języku, którego nie rozumiesz. Brzmi jak fikcja? Tak właśnie dzieje się obecnie w Tybecie. Jednak znikają nie tylko tybetańskie zasoby, ale także kultura. Tybetańscy nomadowie, którzy od setek lat stanowili jedną z podstaw tybetańskiej gospodarki –  wypasając jaki i kaszmirskie kozy –  są obecnie celem przesiedleń. Na całym Płaskowyżu Tybetańskim setki tysięcy wędrownych pasterzy zmusza się do porzucenia tradycyjnego sposobu życia. Przesiedlenia oznaczają zagładę tybetańskiej kultury.

photo. International Campaign for Tibet

photo. International Campaign for Tibet

Około 40% tybetańskiej populacji to koczowniczy pasterze, nieustannie wędrujący w poszukiwaniu jak najlepszej trawy dla swych trzód, przy okazji zapewniając zwierzętom wystarczającą ilość ruchu. Łąk używa się wymiennie do wypasu jaków, owiec, kóz oraz koni.

Oficjalnie podawanym przez chińskie władze powodem realizacji tych projektów jest ochrona pastwisk przed zniszczeniem przez nadmierny wypas. Oznaczałoby to, że tybetańscy nomadowie i ich ukształtowany przez tysiące lat sposób współżycia z naturą szkodził środowisku Tybetu, w związku z czym muszą zostać przesiedleni, znaleźć nowy sposób na przeżycie, aby chiński rząd mógł skutecznie chronić zniszczone wcześniej własnymi działaniami środowisko. Jak się jednak okazuje, w rzeczywistości za kampanią przesiedleń i oferowania „nowego stylu życia” tybetańskim pasterzom przemawiają zupełnie inne argumenty. Tybetański koczownik, który uciekł do Indii ze względu na projekt przesiedleń, opowiada inną historię: Chiński rząd nie przesiedla nas, aby zachować pastwiska przed nadmiernym wypasem, jak twierdzą. Głównym powodem jest to, że coś wykopują z ziemi. Przywieźli w tym celu ciężkie maszyny, zatrudnili samych Chińczyków. Ewidentnie nie ufają nam na tyle, aby powierzyć taką pracę.

 

photo. Daniel Miller

photo. Daniel Miller

Innymi słowy, chiński rząd był dotychczas dość skuteczny w prowadzeniu bez rozgłosu działalności górniczej w Tybecie, ukrywając ją pod hasłami „przesiedlania ludności nomadycznej i zagwarantowania równowagi na pastwiskach”. Jednak coraz częściej wychodzi na jaw, że Tybetańczycy coraz bardziej spychani są na margines, przypierani do muru, aby nie protestowali przeciwko działalności wydobywczej – niszczącej środowisko na ogromną skalę. Kilka z głośnych w ciągu ostatnich dwóch lat protestów – samospaleń, zostało dokonanych właśnie przez nomadów pozbawionych nadziei na przyszłość.

Według rządowego dokumentu „Opinii Rady Państwa na temat promocji i przyśpieszenia rozwoju na terenach pasterskich”, wydanego w sierpniu 2011 r., podstawowe działania związane z osiedlaniem nomadów mają zostać ukończone do 2015 r., a cały proces zakończony w 2020 r. Oznacza to wyrok śmierci wydany na tradycyjny styl życia ok. 2,5 miliona pasterzy, ich stada, zgromadzoną przez tysiące lat i przekazywaną z pokolenia na pokolenie wiedzę o gospodarowaniu zgodnym z otaczającą przyrodą, a tym samym na istotny element kultury materialnej Tybetu. Wydaje się, że w tym właśnie tkwi klucz do zrozumienia szalonego planu chińskich strategów: po poddaniu tybetańskich klasztorów całkowitej kontroli przez Partię Komunistyczną, przyszedł czas na „okiełznanie” ostatniego niezależnego fragmentu tybetańskiej tożsamości kulturowej, która pod wpływem chińskiej okupacji przekształciła się w świadomość i tożsamość narodową.

photo. International Campaign for Tibet

photo. International Campaign for Tibet

Czyimi rękoma dojdzie do rozmontowania kultury i tożsamości Tybetańczyków? Chińskie władze dostarczą jedynie narzędzi i zachęt ekonomicznych (np. w postaci pojedynczych dotacji czy rekompensat) do osiedlania się. Eksperci ostrzegają, że „nowe socjalistyczne wioski”, tworzone w celu przesiedlenia około 80% wiejskiej populacji Tybetu, mogą stać się źródłem „agresywnych i brutalnych” zachowań, a nie miejscem przynoszącym dobrobyt Tybetańczykom. Już teraz dokumenty nagrywane ukrytą kamerą w takich osiedlach pokazują społeczną degradację nowych mieszkańców. I to w czasie, gdy na świecie zaczyna się doceniać „rdzenną wiedzę” (indigenious knowledge) związaną z środowiskiem oraz gospodarowaniem na zachowanych jeszcze nielicznych obszarach, które ostały się mało przekształcone przez człowieka.

Przyroda jako zasoby

Chiny uczyniły z ochrony środowiska jeden z tematów strategicznych, zdając sobie sprawę z przeludnienia i ograniczenia zasobów jednej z najszybciej rozwijających się gospodarek świata. Problem polega na tym, że w Tybecie wszystkie działania poddane są nadrzędnemu celowi politycznemu, jakim jest „utrzymanie stabilności” lub „walka z separatyzmem” – czytaj: osłabianie tybetańskiej tożsamości narodowej i walka z wpływami Dalajlamy, pozostającego na uchodźstwie w Indiach duchowego przywódcy Tybetańczyków.

photo. Marcin Grajek

photo. Marcin Grajek

Od lat 80. Chiny ustanowiły wiele obszarów chronionej przyrody, często poprzez przesiedlenie lub pozbycie się Tybetańczyków, którzy zamieszkiwali te ziemie od pokoleń. Mówiąc językiem chińskich władz, obszary chronione pozwalają na „wprowadzanie mechanizmów społecznej kontroli, zarządzanie zasobami i wprowadzanie ekoturystyki”. Co ciekawe, wyznaczone granice obszarów chronionych mogą ulegać zmianie, w zależności od odkrywania nowych pokładów zasobów mineralnych. Tak było m.in. w przypadku Rezerwatu Źródeł Trzech Rzek, utworzonego w 2000 r. w celu ochrony źródeł Mekongu, Jangcy i Żółtej Rzeki. Granice rezerwatu zostały zmienione, aby umożliwić wydobycie złota w tym regionie.

Rezerwat Źródeł Trzech Rzek pozostaje jednym z najbardziej kontrowersyjnych projektów środowiskowych wdrażanych na Wyżynie Tybetańskiej. W związku z nim przesiedlono setki tysięcy nomadów, co doprowadziło do poważnych problemów społecznych. Jeden z nielicznych niezależnych zachodnich ekonomistów zajmujących się problematyką rozwoju w Tybecie, Andrew Fisher, wskazuje, że duża część protestów – samospaleń wydarzyła się właśnie na terenach dotkniętych przesiedleniami związanymi z tworzeniem rezerwatu. Według Roberta Barnetta z Uniwersytetu Columbia, jednego z czołowych ekspertów w zakresie praw człowieka w Tybecie, projekty przesiedleń są wdrażane siłą, poddane ścisłej kontroli, bez zagwarantowania jakichkolwiek konsultacji. Pomimo ścisłej kontroli związanej z przekazywaniem informacji z i do Tybetu oraz związanych z tym niebezpieczeństw (zdrada tajemnicy państwowej grozi więzieniem), docierają do nas coraz częściej informacje od mieszkańców Tybetu. Lobsang Monlam, tybetański mnich i aktywista napisał w liście przekazanym za granicę: Chińczycy eksploatują zasoby naturalne budując kopalnie, rządowi aparatczycy są wysyłani do tybetańskich wiosek i miasteczek, aby przemocą odbierać nam ziemię. To stało się niemal codziennością w niektórych odległych regionach Tybetu. Korzystając z różnych kruczków prawnych, zmieniają tożsamość Tybetańczyków na chińską, redukując ich status do ni to Tybetańczyka, ni to Chińczyka.

Regres nomadów

Podobne głosy, choć z oczywistych powodów na razie nieliczne, można także usłyszeć ze strony chińskich naukowców. Xia Liwei, badający wpływ przesiedleń w Golmud (tyb. Gormo), tak opisuje obecną sytuację: Pasterze są przywykli do przemieszczania się ze swoimi stadami, poszukiwania dobrej wody i trawy dla swoich stad, ale przesiedlenia zmieniły ich tryb życia: przestali być pasterzami /…/ oczekiwali komfortowego życia w mieście, pokładali dużą wiarę w lokalne władze. Ale nie spodziewali się, że nie tylko stracą oryginalny tryb życia, ale będą cierpieć z powodu, jak to się określa, „czterech problemów”: braku dostępu do mięsa, mleka, maślanej herbaty oraz opału. Ich standard życia generalnie uległ obniżeniu, a na pewno jest gorszy niż innych mieszkańców.

I tu dochodzimy do sedna problemu. W Tybecie koczownik nie był zawodem, który można zdobyć –  koczownikiem należało się urodzić. Kolejne pokolenia nomadów przekazują sobie wiedzę i umiejętność obchodzenia się ze zwierzętami –  leczenia ich, opiekowania się podczas mroźnych zim itd. Nomadzi dzięki zwierzętom mają wszystko, czego potrzebują –  mleko, masło, ser, jogurt, mięso. Nadwyżki służą do wymiany z rolnikami za mąkę jęczmienną, podstawę wyżywienia mieszkańców Tybetu.

Koczownicy to dumni ludzie, kochający swoją wolność, a hodowla zwierząt i brak stałych domostw dawały im dużą niezależność zarówno od pogody, jak i od lokalnych władz, dzięki czemu zdobyli uznanie wśród tybetańskiej społeczności oraz wysoki status społeczny.

Przemieszczając się po olbrzymich przestrzeniach tybetańskich pastwisk poprzecinanych grzbietami gór, nie posiadając stałego adresu, byli trudni do ujarzmienia, zarówno w przeszłości przez lokalne władze, jak i obecnie przez chińskie. W porównaniu do osiadłych rolników, gospodarujących głównie w dolinach rzek, byli także dużo mniej zależni od kaprysów przyrody. Dość liczne stada wytrzymałych zwierząt pozwalają przetrwać najtrudniejsze zimy. Zbiory rolników uzależnione były od wody, słońca czy mrozu i gradu. Żyjąc w dużym rozproszeniu i często oddaleniu od miast, pasterze zachowali wiele swoich obyczajów i tradycji, które nie mieszczą się w rozpędzonej, zglobalizowanej chińskiej rzeczywistości.

Dla wielu tybetańskich pasterzy bycie nomadą jest pojęciem znacznie szerszym niż wędrowny tryb życia towarzyszący wypasowi zwierząt. Związany jest z miejscem, regionem zamieszkania, kulturą, historią, tożsamością, niezależnością itp. Wielu skuszonych rządową propagandą i zasiłkami godzi się na przeniesienie do nowych domostw, oczekując poprawy warunków życia, ale nie mogą przewidzieć degradacji, z której po pozbyciu się ziemi i stad nie ma już powrotu.

Przesiedlanie nomadów to żart –  słyszymy w filmie o ginącym życiu nomadów. Chińskie władze obiecują najróżniejsze rzeczy –  szpitale, szkoły, które nigdy jednak nie powstają. Nomadzi dostają jedynie puste cztery ściany, środki na pokrycie części wstępnych opłat i nikt się później nimi nie zajmuje. Wydają rządowe subwencje, a gdy skończą się pieniądze, nie mają z czego zapłacić rachunków. Wcześniej nie płacili za nic –  ani za elektryczność, ani za jedzenie, ani za wodę. Pozbawieni środków do życia kończą oglądając w telewizji chińskie filmy akcji, upijając się i grając w bilard

Od początku okupacji Tybetańczycy byli ideologicznie przedstawiani jako „barbarzyńcy” lub „zacofani”, teraz coraz częściej stanowią atrakcję folklorystyczną, często specjalnie wspieraną przez władze cepeliadę na użytek przeważnie chińskich turystów.

Według Xia Liwei, chiński rządowy projekt przesiedleń nie tylko pozbawia nomadów „tradycyjnego sposobu życia” i tożsamości, ale także wytwarza syndrom uzależnienia. Coś, co kiedyś nomadowie mieli za darmo, to znaczy w zamian za ciężkie warunki życia i pracę związaną z wypasem stad, czyli ziemię, wodę i pożywienie – teraz muszą kupić za chińskie juany, które otrzymują z państwowego zasiłku lub prac degradujących ich dotychczasową pozycję społeczną.

Chińczycy nazywają ich „ekologicznymi migrantami” – tak jak określa się tych, których przesiedlono z powodu budowy tamy. Jednak bliższe prawdzie wydaje się określenie „wyrzutki” – z dużym prawdopodobieństwem skończą jako alkoholicy, prostytutki czy żebracy.

Degradacja pastwisk

O tym, jakie mogą być dalsze losy tybetańskich pastwisk, kiedy znikną z nich ich tradycyjni mieszkańcy i gospodarze, można się przekonać śledząc los kontrolowanej przez Chiny Mongolii Wewnętrznej, gdzie koczownicze pasterstwo istniało od wieków – nomadzi praktycznie wyginęli, a pastwiska zamieniły się w nieużytki. Złożyło się na to kilka czynników. W większości mongolscy nomadzi hodowali konie i wielbłądy, natomiast Chińczycy zdecydowali o zwiększeniu liczby kóz kaszmirskich w Mongolii, ze względu na ogromne profity, jakie przynosi sprzedawanie kaszmiru w Europie. Kozy te nie są jednak przyjazne pastwiskom, gdyż nie skubią trawy – one ją wyrywają. A ich ostre kopyta dziurawią powierzchnię gleby, doprowadzając do erozji. Degradacja traw została dopełniona przez osiedlenie się na zagarniętej ziemi mongolskich nomadów, co utorowało drogę napływowi chińskich osadników i kopalni, które skaziły środowisko. Osadnicy przekopali ziemie, żeby zasadzić warzywa. Raz poluzowana gleba została porwana przez ostre wiatry znad pustyni Gobi i cały region uległ erozji –  ziemia zmieniła się w pył.

Podobna sytuacja ma miejsce na Płaskowyżu Tybetańskim, gdzie intensywny wyrąb lasów, prowadzony przez Chińczyków od czasu inwazji w 1950 r., zmniejszył zalesienie o 50%. Chińscy żołnierze i osadnicy doprowadzili pomiędzy 1960 a 1970 rokiem do wyginięcia prawie całej dzikiej przyrody Tybetu, zabijając zwierzęta na mięso lub dla sportu. Łąki, niegdyś obfitujące w gazele, antylopy, dzikie osły oraz inne stworzenia, teraz świecą pustką. Czy piecza nad pastwiskami powinna być powierzona temu samemu brutalnemu reżimowi, który dopuścił do tej ekologicznej katastrofy?

Intensywnej kampanii w Tybecie z niepokojem przygląda się diaspora tybetańska. Ochrona środowiska jest „oczkiem w głowie” Jego Świątobliwości Dalajlamy, duchowego przywódcy Tybetu. Niezmiennie powtarza on, że kwestie ekologiczne są jednym z głównych powodów, dla których świat powinien interesować się tym, co chińskie władze robią w Tybecie. Dalajlama na uchodźstwie w Indiach inicjuje szereg działań na rzecz ochrony przyrody. Również w niezależnym dzisiaj już od niego Tybetańskim Rządzie Emigracyjnym sprawnie działa Biuro ds. Środowiska. Jego szef, Tenzin Norbu, tak mówi o sytuacji i konsekwencjach wysiedleń nomadów: Z jednej strony Chińczycy obwiniają nomadów o degradację obszarów trawiastych. A ta degradacja ma miejsce tylko na skutek ich ogradzającej polityki. Bo jeśli otoczy się płotem duże stado, to automatycznie hodowla ulegnie pogorszeniu. Polityka ogradzania wpłynęła także na migrację antylop, poza tym przez tereny pasterskie przebiegają teraz linie kolejowe… Jakby na to nie spojrzeć, nomadzi są dla Chińczyków główną barierą w realizowaniu projektów rozwojowych, których tak naprawdę nie chcemy. Miliony ton węgla zalegają pod tymi pastwiskami. A więc z naukowego punktu widzenia tereny te są bardzo ważne dla utrzymania węglowej równowagi na całej Wyżynie Tybetańskiej. Jesteśmy zaskoczeni tym, że jak podaje aktualny raport UNDP (Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju) stopień pustynnienia Płaskowyżu Tybetańskiego wynosi ponad 2000 km2 w skali roku. To naprawdę wysoki wskaźnik. Teraz, gdy przesiedla się nomadów, nie ma nikogo, kto zająłby się przywróceniem pastwisk. A wskaźnik pustynnienia będzie dalej wzrastał i w 2020 czy 2035 roku zobaczymy całe pastwiska przekształcone w pustynie. Co więcej, pustynnienie jest pogłębiane przez zmiany klimatyczne, globalne ocieplenie i pustynne burze, które nadchodzą z Pustyni Taklamakan i całej Mongolii. To ogromnie przyspiesza proces pustynnienia Tybetu. Ci nomadzi to jedyni ludzie, którzy mogą skutecznie odtworzyć pastwiska. A kiedy się ich stąd wysiedla, i, jakby tego było mało, ich miejsce zajmują spółki kopalniane, nie mamy żadnego oręża w walce z pustynnieniem.

Do 2020 roku, czyli ustanowionego przez chińskie władze terminu „ostatecznego rozwiązania” kwestii wędrujących po wyżynach Tybetu ostatnich nomadów, zostało niewiele czasu. Dlatego organizacje działające na rzecz Tybetu coraz głośniej podnoszą tę kwestię, apelując do polityków o wywarcie wpływu na rząd Chin w celu powstrzymania projektów przesiedleń. Po ich stronie staje coraz więcej ekspertów i naukowców, podkreślających, że to „eksperyment”, którego skutków do końca nie da się przewidzieć. Organizacje, aktywiści i politycy mogą korzystać z szerokiego wachlarza argumentów: praw człowieka, bezpieczeństwa ekologicznego, wpływu pustynnienia na globalne ocieplenie czy też zwykłej moralności. Sam Dalajlama określa obecną sytuację w Tybecie jako „kulturowe ludobójstwo”.

Naszym wyborem jest, czy zajmiemy w tej sprawie jakieś stanowisko oraz czy wpłyniemy na reprezentujących nas ludzi –  polityków, parlamentarzystów, aby zrobili to samo.

PIOTR CYKOWSKI

Piotr Cykowski – koordynator Programu Tybetańskiego Fundacji Inna Przestrzeń: ratujTybet.org

W przygotowaniu tekstu korzystałem z ostatniego raportu Tibetan Center for Human Right and Democracy za rok 2012 tchrd.org. Dziękuję za współpracę Iwonie Bartoszcze. 

źródło: pracownia.org.pl

Artykuł po raz pierwszy został opublikowany w miesięczniku Dzikie Życie z kwietnia 2013 roku.

J.Ś. XVII Gjalłang Karmapa: Ochrona środowiska esencją praktyki duchowej

Mowa wygłoszona przez Jego Świątobliwość XVII Gjalłanga Karmapę ostatniego dnia Piątej Konferencji Ekologicznej  Khoryug, która odbyła się w dniach 8-12 listopada 2013 roku  w Delhi w Indiach. Czytaj dalej

Matthew Fox, Llewelyn Vaughan-Lee: Duchowy narcyzm / Duchowa ekologia

6689Matthew Fox:  Rozmawiamy dzisiaj o ekologii i duchowości.  Kto mógłby zaprzeczyć, że nie ma znaczenia z jakiej jesteś tradycji,  lub czy jesteś ateistą,  jeśli twoje podwórko płonie i nie możesz już dłużej uprawiać roślin, i podnosi się poziom wód morskich? Jesteśmy wszyscy w opałach. I to może wreszcie połączyć religie i sprawić, że pokonają swój narcyzm.

Llewellyn Vaughan-Lee: Mam nadzieję. Mistycyzm, jak wiesz, zawsze utrzymywał tę wspólną nić pod powierzchnią religii – jedność wewnętrznego doświadczenia. Jednym z powodów dla których zredagowałem książkę Spiritual Ecology (Ekologia Duchowa) była chęć włączenia tego wątku w debatę o ekologii, ponieważ uważałem, że jakkolwiek był on w niej  obecny, nie był wystarczająco nagłośniony.

MF: Absolutnie. To samo próbuję robić z archetypem kosmicznego Chrystusa –  aby przynajmniej w Chrześcijanach obudzić świadomość, że ukrzyżowanie nie jest czymś, co zdarzyło się 2 000 lat temu – ono dzieje dzisiaj  wraz  z zabijaniem  lasów tropikalnych, wielorybów i niedźwiedzi polarnych, i wieloma innymi rzeczami.

LV-L:  To przydarza się Ziemi.

MF: Moim zdaniem,  może to nie tylko pobudzić wojowników duchowych do działania już dzisiaj, lecz również zreformować nasze tradycje religijne, które jak sądzę, popadły w bardzo odmienny od mistycyzmu narcyzm.

LV-L:  Niepokoi mnie, że ludzie przebudzeni duchowo lub świadomi, są w pewien sposób zbyt skoncentrowani na swojej własnej wewnętrznej podróży duchowej, i moim zdaniem jest to karykatura prawdziwego przebudzenia duchowego, które powinno obejmować całość, a ta całość zawiera Ziemię.

MF:  Zgadzam się całkowicie. Jeśli twoja przemiana nie prowadzi do transpersonalnej służby,  współczucia, sprawiedliwości, w tym sprawiedliwości ekologicznej,  wtedy mam wątpliwości co do jej autentyczności. I Jezus wyraził to w bardzo prosty sposób, że poznacie ich po ich owocach.  Możemy być tak pochłonięci naszymi doświadczeniami duchowymi,  że nie zdajemy sobie sprawy   z tego, że powinny nas one pobudzić do działania.

LV-L:  W sufizmie mówi się, że po przystanku  jedności przychodzi czas na służbę,  naszym zadaniem staje się wtedy służenie innym. Sufiści znani są jako służący.

MF:  Lub, jak powiedział Jack Kornfield –  po ekstazie przychodzi czas na pranie.

LV-L:  Z jakiś powodów tak bardzo skoncentrowaliśmy się na naszej własnej ludzkiej podróży, że zapomnieliśmy, iż  jest ona częścią podróży Ziemi.  Kiedyś, jestem pewien, że  zdajesz sobie z tego sprawę, było głębsze zrozumienie, że nasza dusza jest częścią duszy Ziemi –  anima mundi, i straciliśmy tę łączność.  Straciliśmy świadomość, że nasze duchowe światło, jest częścią światła świata. I musimy ją odzyskać.

MF:  To prawda. Jak również świadomość tego, że historia Ziemi jest częścią historii kosmosu.

LV-L: To wszystko jest jednością. Jednym życiem, oddechem –  powiązane wzajemnie, niezależne organizmy duchowe, w takim samym stopniu jak fizyczne, i sądzę, że z jakiś zdumiewających powodów, zapomnieliśmy o tym.

MF: Myślę, że ma to wiele przyczyn, a jedną z nich jest antropocentryzm i narcyzm nowoczesnej świadomości. Lecz moim zdaniem, częścią tego jest także trwające całe wieki znęcanie się nad materią przez niektórych wpływowych myślicieli teologicznych. Taki rodzaj separacji, dualizmu jest tak destrukcyjny, ponieważ zaczynasz myśleć, że ciało ma znaczenie drugorzędne, a następnie w taki sam sposób traktujesz Matkę Ziemię, i wszystko inne.  Rozpatrując to w kontekście, nie mielibyśmy naszych wyobrażeń, naszego oddechu, naszej żywności ani naszej egzystencji bez materii. Materia nie jest przeszkodą dla ducha.

LV-L:  Sądzę, że wczesne odrzucenie przez kościół katolicki całej duchowości opartej na Ziemi, pozostawiło bardzo dotkliwą pustkę, której rezultatów, w pewien sposób, doświadczamy dzisiaj.

MF: I płacimy za nią cenę. Myślę, że tak naprawdę zaczęło się to w czwartym wieku. Jeśli masz zamiar rządzić imperium, tak jak kościół, który w jakimś sensie odziedziczył imperium w czwartym wieku,  w twoim własnym interesie leży oddzielenie materii od ducha, a także nauczanie o grzechu pierworodnym, i wywołanie w ten sposób u ludzi dezorientacji  co do ich wewnętrznej godności, praw oraz świętości. Sądzę, że służyło to celom politycznym oraz  kontroli kulturowej.

LV-L: Tak, wzmocniło to męską dominację nad naturą, a teraz musimy w krótkim czasie przywrócić równowagę, i odzyskać poczucie świętości stworzenia.  Wniesienie tej kwestii do debaty ekologicznej ma dla mnie kluczowe znaczenie, ponieważ nie sądzę, żebyśmy byli w stanie zająć się fizycznym zniszczeniem planety, tym ekologicznym ludobójstwem, jeśli nie przyjrzymy się jego przyczynom i  nie połączymy się ponownie ze świętą naturą, która jest otaczającym nas światem.

MF:  A także naszym światem wewnętrznym. Tym właśnie różni się ekologia głęboka od ekologii.

LV-L: Mistycy uczą prostych rzeczy,  lecz te proste rzeczy zmieniają ludzkie światy. W jaki sposób moglibyśmy pobudzić ponownie tę perspektywę duchową, tak by móc wprowadzić ją na arenę globalną, która woła do nas o pomoc?  To znaczy, woła nas Ziemia. Z tego powodu zatytułowałem tę książkę Spiritual Ecology: The Cry of the Earth  (Duchowa ekologia: Ziemia płacze) –  ponieważ Ziemia płacze, dusza Ziemi płacze. Powinniśmy odpowiedzieć z naszej własnej duszy, a także poprzez nasze działanie.

MF: Jak zauważył Einstein, źródłem naszych wartości nie jest intelekt, lecz intuicja i odczuwanie.  Mówi on, że intelekt dostarcza nam metod, nie daje nam wartości. I myślę, że jeśli przyjrzymy się historii nauki w różnych tradycjach  monastycznych, zobaczymy, że obecne w niej było, w taki czy inny sposób, serce.

LV-L:  Gdy mówisz o obecności  serca, sugerowałbym nawet  coś  bardziej radykalnego.  W jaki sposób moglibyśmy uczynić miłość do Ziemi  centrum tej troski o jej dobro?  W istocie, Thich Nhat Hanh powiedział niedawno, że prawdziwa zmiana będzie możliwa, jeśli zakochamy się w naszej planecie.

Będąc mistykiem, wierzę w nadrzędną rolę miłości, i my mamy tę miłość do Ziemi. Jest tak szczodra. Dała nam życie. Dała nam oddech. Dała nam wodę. A my w odpowiedzi potraktowaliśmy ją tak okropnie. Czuję, że to mistyczne centrum bożej miłości jest rzeczywiście siłą kryjącą się za planetą, ponieważ jest ono tym,  co faktyczne daje nam wszystkim życie.  Włączenie tego podstawowego atrybutu do debaty ekologicznej, jest naprawdę radykalnym pomysłem.

Mając tę fizyczną odpowiedzialność, w jaki sposób możemy zaangażować  miłość,  która należy także do naszego poczucia sacrum?  Jak możemy jeszcze raz nauczyć się żyć wyrażając miłość do Ziemi w naszym sposobie życia, w naszych codziennych aktywnościach , tak, aby wszystko przepełniło się  tym poczuciem sacrum?

Można edukować umysł, lecz w jakiś sposób, zostaliśmy pozbawieni potęgi miłości, która jest mistyczną, największą siłą stworzenia.

MF:  W naszych tradycjach, z pewnością w tradycji żydowskiej, lecz również u Tomasza z Akwinu, również mówi się, że umysł przebywa w sercu. To jest prawdziwa wiedza serca  – kiedy naprawdę coś kochasz, chcesz się o tym więcej dowiedzieć.

LV-L:  Serce widzi także jedność w rzeczach. Sufiści mawiają, że gdy oko serca jest otwarte –  mówią oni o oku serca –  wtedy w każdy atomie jest milion tajemnic.  I widzimy wówczas  jedność we wszystkich przejawach życia, we wszystkim czego jesteśmy częścią.  Musimy odzyskać tę wspólnotę, tę jedność, ponieważ życie umiera, a umiera,  gdyż  rozdzieliliśmy  ducha i materię, oddzieliliśmy się od  stworzenia. Umysł analityczny próbuje podzielić wszystko na coraz mniejsze i mniejsze części. Potrzebujemy powrócić do tej jedności,  do świadomości współzależności całego życia, do tej sieci życia, którą nasi przodkowie znali i głęboko szanowali.

Tak jak mówisz, z jakiegoś powodu straciliśmy łączność z duchowym wymiarem wszechświata, i moim zdaniem jest to przyczyna  naszego obecnego braku równowagi ekologicznej, ponieważ nie szanujemy lub nie czcimy stworzenia, tak jak robili to zawsze nasi przodkowie i nadal robią ludy tubylcze.

I w jakiś sposób, mistycy kontynuowali ten wątek na zachodzie, lecz to już dłużej nie wystarczy.  Potrzebna jest rewolucja, rewolucja serca, rewolucja świadomości, która dostrzega jedność w nas i wszędzie dokoła. Przypuszczam, że stojące przed nami wyzwanie brzmi –  jak to przywrócić ludzkości, ten zapomniany skarb, tę tajemnicę, tę głęboką świadomość prawdziwej natury  wszechświata, świadomość,  i  zrozumienie, że nie jest to martwa materia?

Mówię zawsze, że świat nie jest problemem do rozwiązania, jest żywą istotą z którą jesteśmy w relacji, i ona nas wzywa.  Potrzebuje naszej uwagi,  nie tylko naszych umysłów, lecz również naszych serc.  To nasza własna przebudzona świadomość może uzdrowić świat.

MF:  Jeszcze innym wymiarem, mającym związek z miłością, jest żal.  Nie radzimy  sobie z nim w naszej kulturze dobrze, i jest to jeden z powodów, dlaczego jest wokół tak dużo złości.  Bardzo często nie zajmujemy się złością w konstruktywny sposób.

Odprawiam dużo ceremonii żałobnych –  potrzeba nam praktyk i rytuałów.  Kiedy narasta żal, kiedy nie potrafisz sobie z nim poradzić, nie tylko powstaje złość, lecz również radość i miłość stają się zasłonięte, i ludzie czują się pozbawieni mocy. Myślę więc, że praca z żalem jest bardzo ważna.

Co mogę powiedzieć?  Jak można nie odczuwać dzisiaj żalu  patrząc na to co dzieje się z  Ziemią? Musiałbyś niezwykle dużo się napracować i spożytkować  mnóstwo energii,  by zakryć swój żal.

LV-L:  Myślę, że właśnie to robimy. Jesteśmy kulturą masowego rozproszenia. Za wszelką cenę próbujemy uniknąć skonfrontowania się z prawdziwymi owocami naszych działań.

Powiedziałbym, że najważniejszą praktyką jest słuchanie. Thich Nhat Hanh powiedział, że jeśli chcesz uzdrowić Ziemię, słuchaj jej płaczu, ponieważ ziemia płacze, lecz my nie umiemy słuchać. Zapomnieliśmy kobiecej mądrości głębokiego słuchania. Jeśli jest głęboka ekologia, jest również głębokie słuchanie.  Musimy nauczyć się na nowo tej kobiecej mądrości słuchania Ziemi. Ona jest tak stara, tak mądra, przeszła już tyle kryzysów, i musimy nauczyć się z nią współpracować.

Thomas Berry powiedział, że mówimy tylko sami do siebie; nie mówimy do rzek; nie słuchamy wiatru i gwiazd; przerwaliśmy wielką rozmowę. Przerywając tę rozmowę, roztrzaskaliśmy wszechświat. I musimy znowu nauczyć się jak słuchać Ziemi, i jak otworzyć uszy naszego serca. Powiedziano nam to wielkie kłamstwo, że jesteśmy oddzieleni od Ziemi, że jest ona czymś na zewnątrz. Ona nie jest na zewnątrz,  jesteśmy jej częścią.  Składamy się z pyłu gwiezdnego.

Musimy poczuć żal z powodu stanu Ziemi we własnym wnętrzu i nauczyć się jej słuchać, nauczyć się ją słyszeć, na nowo się do niej dostroić,  tak jak robili to dawni szamani, tak jak mądrzy ludzie, którzy słuchali wiatru, którzy słuchali rzek, którzy czuli bicie serca wszechświata. Może to brzmieć niezbyt praktycznie,  lecz ma w sobie głęboką mądrość, i myślę, ze potrzebujemy  w tej chwili wszelkiej pomocy, jaką tylko możemy uzyskać.

MF:  Masz całkowitą rację. I właśnie w tę stronę powinny skierować się światowe tradycje duchowe, jeśli pokonają swój antropocentryzm i porzucą niegodziwą tendencję do zwalczania się nawzajem i dominacji, i przywrócą wymiar żeński:  wrażliwość,  kontemplację i ciszę.

LV-F: Ważne jest też, by zbytnio się nie spieszyć i nie zadowalać się środkami doraźnymi, ponieważ nie wierzę, że możemy szybko zaradzić temu kryzysowi ekologicznemu. Narastał on przez całe stulecia.

MF: Antropocentryzm, współzawodnictwo, chęć dominacji nazywam gadzim umysłem i nastawienie patriarchalne karmi ten gadzi umysł ponad miarę, podczas gdy  właściwym sposobem traktowania tego rodzaju postawy,  jest uczenie się medytacji i pozostawanie bez ruchu, ponieważ gady lubią wylegiwać się na słońcu.  Musimy stworzyć przestrzeń dla umysłu ssaka, który jest o połowę młodszy od  umysłu gada w nas, i który jest umysłem współczucia, więzi i rodziny, a także pozostaje w dobrych relacjach z resztą natury.

LV-L: Mówił o tym (w swojej książce) Wódz Oren Lyons, gdy omawiał nauki zawarte w oryginalnej tradycji rdzennych Amerykanów.  Mówią one o tym, że powinniśmy ze sobą współpracować i być z innymi w dobrych relacjach. Jest to bardzo proste, ale tylko kiedy zdamy sobie sprawę, że jesteśmy jedną żywą społecznością i  możemy przetrwać jedynie jako jedna żywa społeczność. Jest to bardzo fundamentalna prawda.  Nie jest to skomplikowane, ale wydaje się, że zapomnieliśmy, że należymy do tego żywego, współzależnego, splecionego organizmu, który istnieje wszędzie wokół nas i którego jesteśmy częścią.

Myślę, że na każdym z nas, kto jest tego świadomy, spoczywa odpowiedzialność za wysunięcie tej kwestii na pierwszy plan, za przekazywanie tego posłania, by nie pozwolić ciemnej stronie naszej cywilizacji na pochłonięcie całego światła. Dlatego kiedy mówiłeś o duchowym narcyzmie,  a ja o mojej obawie, że ludzie przebudzeni duchowo używają swojego światła tylko na potrzeby własnej podróży duchowej lub  wyobrażeń o wzroście duchowym, musimy nawiązać relację pomiędzy naszym światłem a światem, który tego światła rozpaczliwie potrzebuje. I kiedyś istniała ta relacja pomiędzy światłem indywidualnej duszy a światłem duszy świata, i musimy w jakiś sposób na nowo połączyć się z Ziemią na bardzo głębokich, fundamentalnych zasadach.  Jesteśmy częścią jednej podróży duchowej, jednej ewolucji,  nasza dusza i dusza świata nie są oddzielone, i musimy odzyskać ten związek.

I z jakiegoś powodu, jak mówisz, ludzka duchowość i religia stały się narcystyczne, a nie było to nigdy ich intencją, ponieważ miłość Chrystusa była dla świata, pokój Buddy był dla świata.  Przesłanie jest zawsze dla całości.

MF: Sądzę, że obecnie wielu młodych ludzi aktywnie  pracuje  na rzecz przywrócenia poczucia świętości Ziemi, robią to na wszelkie sposoby –  od sposobu w jaki jedzą i uprawiają Ziemię, po biznes i politykę.

LV-L:  Najważniejsze jest w tym nasze nastawienie. Nastawienie jest zawsze decydujące. Jeśli przystępujemy do działania, w najgłębszym sensie, z nastawieniem modlitewnym lub nawet po prostu z szacunkiem i czcią dla siebie nawzajem, dla Ziemi, dla wszystkiego co wokół nas, wtedy może rozpocząć się uzdrawianie, a ciemności się wycofają.  Ale poczekamy i zobaczymy.

Tłumaczenie: Jan Skoczylas  

źródło: ecobuddhism.org

Matthew Fox jest teologiem i pastorem amerykańskiego Kościoła Episkopalnego.

Dr. Llewellyn Vaughan-Lee jest mistykiem sufijskim – dzierżycielem nauk Iriny Tweedie, która przeniosła z Indii  na zachód nauki  sufijskiego zakonu Naqshbandiyya- Mujadiddiya.

Wspólne Oświadczenie amerykańskich Nauczycieli Dharmy ws. zmian klimatu

W tej chwili wielkiego kryzysu, sama Ziemia – wraz z miriadami zamieszkujących ją niewinnych gatunków –  wzywa każdego z nas, abyśmy stali się jej opiekunami. Czytaj dalej