Archiwa tagu: zen

Thich Nhat Hanh: Świat w naszych rękach – W trosce o środowisko i pokój na Ziemi

W tej prowokującej książce Thich Nhat Hanh przedstawia dramatyczną wizję przyszłości naszej planety. Od opisów postępującego niszczenia środowiska przechodzi do objaśnienia buddyjskich nauk o wzajemnym powiązaniu i nietrwałości wszystkich rzeczy. Nietrwałość nie jest dla niego wymówką, aby nie angażować się w sprawy świata. Przeciwnie, autor z pasją dowodzi, że właśnie zaangażowanie jest kluczem do osobistego i zbiorowego ocalenia. Świat w naszych rękach to przede wszystkim książka niosąca nadzieję. Thich Nhat Hanh nie poprzestaje jednak na pięknych słowach, podaje proste przykłady praktycznych działań, które każdy z nas może z powodzeniem zastosować, przyczyniając się jednocześnie do odbudowy równowagi Środowiska naturalnego. Czytaj dalej

Sensei Sunya Kjolhede: Ratowanie świata

zdjęcie: ZBZ "Bodhidharma"

Kiedy w 1947 r. Mahatma Gandhi przemierzał ulice Londynu, z laską w ręce, odziany tylko w tradycyjne, tkane w domu dhoti, czyli przepaskę na biodra, pewien reporter zapytał go: „Panie Gandhi, co Pan sądzi o zachodniej cywilizacji?” .”Uważam – odparł Gandhi –  że to byłby niezły pomysł”.

W swojej książce „Małe jest piękne” ekonomista E.F. Schumacher pisze: „[…] dla buddyzmu istota cywilizacji tkwi nie w mnożeniu potrzeb, lecz w doskonaleniu charakteru człowieka”1. Pochłonięci gromadzeniem dóbr, konsumpcją i rywalizacją, ludzie mają w życiu coraz mniej czasu na to, by szukać sposobów wyrażania harmonii, piękna i szacunku dla życia –  innymi słowy, aby być ludźmi prawdziwie cywilizowanymi. Przeciwnie, eksploatacja otoczenia i jej następstwa –  globalne ocieplenie, wojny i ludobójstwo, wymieranie kolejnych gatunków zwierząt i roślin, a także całych ekosystemów –  grożą unicestwieniem już nie tylko rozsądnie funkcjonującej ludzkiej cywilizacji, ale całego życia na naszej planecie.

Na naszych oczach giną w męczarniach kolejne ludzkie społeczności. W wiadomościach słyszymy o miejscach takich, jak zachodni Sudan, Sierra Leone, Ruanda, a teraz także Irak, gdzie przemoc, głód i degradacja środowiska naturalnego wtrąciły całe społeczeństwa w otchłań niewyobrażalnej nędzy i cierpienia. Piekło, w jakim żyją ci ludzie (nie wspominając o innych istotach żywych), szczególnie trudno wyobrazić sobie mieszkańcom Ameryki. Ciągle usytuowani na szczycie światowej drabiny zasobów naturalnych i żywnościowych, naszym zużyciem energii, zachłannością i militaryzmem przyczyniamy się w ogromnym stopniu do cierpienia na całym świecie.

W naszym ośrodku codziennie przynajmniej raz recytujemy wspólnie Cztery Ślubowania Bodhisatwy, wciąż na nowo zobowiązując się do pracy na rzecz wyzwolenia wszystkich istot, uwolnienia wszystkich, w tym samej Ziemi, od cierpienia. Co to tak naprawdę znaczy? Co mamy robić, skoro świat jest tak pełen bólu i zagrożeń? Wydaje się konieczne, abyśmy jako osoby praktykujące Dharmę nie odwracali wzroku od cierpienia, lecz stawili mu czoła, przyjęli naszą część odpowiedzialności za nie i zmagali się z konsekwencjami, jakie przyniesie to w naszym życiu.

Nasza praktyka i podjęte ślubowania nie pozwalają nam izolować się w wygodnych kokonach racjonalizacji w rodzaju „nie powinniśmy zbytnio angażować się w politykę” czy „to tylko sen”.  Może to sen, ale to nasz sen, który wymaga od nas umiejętnej, współczującej i przebudzonej reakcji. Szczególnie tu, w pięknych górach Północnej Karoliny musimy uważać, by nie kryć się w naszym cichym schronieniu i nie tracić kontaktu z tętniącym życiem światem „w dolinie”?. Oczywiście, można też zatracić poczucie proporcji, popadając w drugą skrajność i tak bardzo angażując się w działania społeczne i politykę, że doprowadzi to do zaniedbania praktyki i utraty kontaktu z sercem współczucia, mądrości i bezstronności, które nadaje siłę i sens naszym działaniom.

Aby móc w jakikolwiek rzeczywisty sposób wpływać na świat, musimy umieć ucieleśniać mądrość i współczucie, żyć nimi najlepiej jak potrafimy w najdrobniejszych szczegółach naszego życia i stąpać po ziemi tak lekko, jak to tylko możliwe. Powinniśmy uwolnić siebie i naszą społeczność od pozostałości starych patriarchalnych systemów, których niszczące działanie jest wciąż tak silnie obecne w naszej kulturze, psychice i instytucjach religijnych. Wszystko to wymaga ciągłego badania i kwestionowania naszych najgłębszych założeń i uwarunkowań, a także zrodzonych z nich nawyków. To niełatwe zadanie, ponieważ większości tych procesów jesteśmy nieświadomi. Możemy jednak znaleźć sposoby, by pomagać sobie wzajemnie w opracowywaniu i wypróbowywaniu nowych sposobów życia i interakcji, dążąc do porozumienia, tworząc wspólnotowe Kręgi, dzieląc się zasobami i biorąc udział w sensownych działaniach i dyskusjach społecznych i politycznych.

Choć wszystko to jest niezmiernie istotne, wciąż nie sięga do korzeni; wciąż poruszamy się gdzieś po obrzeżach, zajmując się raczej skutkami niż przyczynami. Co zatem jest przyczyną całego tego cierpienia? Choć chciwe, amoralne korporacje i/lub rządy (granice między nimi często są rozmyte) sieją ogromne zniszczenie, obwinianie ich jest zbytnim uproszczeniem i wciąż nie dotyka istoty problemu. Możemy protestować, wznosić transparenty i krzyczeć „Zatrzymać Machinę!”, lecz co ją napędza? Co pozwala powstawać i rozwijać się takim korporacyjnym monstrom, jak Halliburton, Weyerhaeuser czy Monsanto2? Nawet gdyby udało nam się na chwilę je wyeliminować, to jeżeli korzeń pozostanie nienaruszony, wkrótce się odrodzą lub przekształcą w coś podobnego lub jeszcze gorszego.

Dochodzimy tu do samego sedna nauk Buddy, do jego pierwszego kazania o Czterech Szlachetnych Prawdach. Budda nauczał, że atrybutem życia jest dukkha: cierpienie, brak satysfakcji. Podstawową przyczyną tego cierpienia jest tanha: nasze pragnienie lub pożądanie. Pożądanie to jest tak bardzo nieświadome, subtelne i nieuchwytne, tak głęboko tkwi w naszym ciele, w naszym DNA, jest tak blisko, że trudno je sobie uzmysłowić, nie mówiąc już o pełnym jego ujawnieniu i pracy nad nim. To ślepe pragnienie sprawia, że krążymy w sześciu światach i to ono jest paliwem napędzającym Machinę Chciwości, która ogałaca naszą planetę, niszcząc wszystko, co napotka na swej drodze. Pragnienie czego? W swej istocie jest to pragnienie oddzielnego istnienia, o którym zarówno Budda, jak i współczesna fizyka mówią, że jest jedynie złudzeniem. To wielkie pragnienie opiera się na bardzo głęboko w nas zakorzenionym ślepym przekonaniu o istnieniu oddzielnego ego-ja, odrębnego od otoczenia i w jakiś sposób trwałego. Hakuin mówi o tym w swojej Pieśni ku chwale zazen: „Przyczyną naszych trosk jest złudzenie ego, z ciemnej ścieżki na ciemną ścieżkę wędrujemy w ciemnościach, jakże uwolnić się mamy z koła narodzin i śmierci?”.

W miarę jak nasza praktyka się pogłębia, zaczynamy odczuwać potężną siłę złudzenia, która napędza to wszystko. Zaczynamy dostrzegać, jak apodyktyczne, wyzyskujące, chciwe, defensywne, miałkie i pełne przemocy jest to ego-ja, które rządzi w mrocznych głębinach naszego własnego serca i umysłu. Dostrzeżenie tego w nas samych może być przerażające i jest to jeden z powodów, dlaczego wielu ludzi odczuwa opór przed głębszym zaangażowaniem w praktykę. Nie chcemy dostrzec, jak bardzo jesteśmy interesowni w tym, co mówimy i robimy. To niepokojące i pouczające doświadczenie stanowi na najgłębszym poziomie zagrożenie dla całego naszego utrwalonego sposobu patrzenia na świat.

Stawienie czoła siłom naszego ego jest jednak pierwszym krokiem w stronę uwolnienia się od nich. W Czterech Szlachetnych Prawdach Budda nauczał, że taka wolność jest możliwa, że istnieje droga wyjścia. Kiedy uzyskamy wgląd w złudną naturę tego dojmującego pragnienia, kompulsywne pochłonięcie sobą przestanie zniewalać naszą psychikę i kierować myślami, słowami i czynami. Dopóki jednak doświadczamy siebie jako odrębnych, sami jesteśmy paliwem zasilającym Machinę, napędzamy ją własnym złudzeniem. Jeśli chcemy powstrzymać to szaleństwo i ocalić świat, musimy wreszcie dostrzec własne szaleństwo, przekroczyć je i rozbić złudzenie od niepamiętnych czasów kierujące naszym życiem. Aby tego dokonać, potrzebna jest silna, głęboka i wytrwała praktyka –  ale jest to możliwe. Możemy wykorzenić najbliższe naszemu sercu pojęcia „ja” i „moje”. Możemy zrezygnować z ciągłego utożsamiania się z tym uwarunkowanym, ograniczonym ciałem-umysłem i odzyskać bezgraniczną pełnię, wolność i współczucie. Możemy bezpośrednio doświadczyć -wyraziście, całym naszym jestestwem –  niepodzielności siebie-i-świata. Innymi słowy, możemy stać się tym, kim i czym naprawdę jesteśmy i zawsze byliśmy. Będziemy wówczas mogli obwieścić w zachwycie i z pełnym przekonaniem jak Hakuin: „Ja jestem słońce, księżyc i gwiazdy, i rozległa, rozległa ziemia!”. Kiedy zanurzymy się głęboko w praktykę i sięgniemy do niewyczerpanego źródła miłości i spełnienia, bijącego w samym centrum naszej istoty, zaczniemy wreszcie zaspokajać to odwieczne pragnienie i odcinać korzeń cierpienia –  dla siebie samych i dla wszystkich istot.

SENSEI SUNYA KJOLHEDE

Na podstawie teisia wygłoszonego w maju 2004 roku.
Przekład: Olena Waśkiewicz

Przypisy:

1 E.F. Schumacher, Małe jest piękne, Warszawa 1981, s. 69.

2 Wielkie korporacje amerykańskie, działające odpowiednio w przemyśle drzewnym, naftowym i biotechnologicznym.

Miesięcznik Dzikie Życie,  7-8/181-182 2009

źródło: pracownia.org.pl

David Tetsu-un Loy: Co zrobiłby Budda?

Być może każde pokolenie ma poczucie zmagania się z jakiegoś rodzaju kryzysem, od którego zależy dalszy los świata,  lecz jeśli nie schowałeś głowy w piasek (lub jakiś jego buddyjski odpowiednik), nie jest możliwe, aby nie zdawać sobie sprawy z wyjątkowego kryzysu na skalę planetarną, w obliczu którego stoimy obecnie. Katastrofa ekologiczna nie jest już dłużej jedynie zagrożeniem –  jest to coś, co właśnie się dzieje i jest już oczywiste, że cywilizacja, jaką znamy, ulegnie przekształceniu w jakiś bardzo nieprzyjemny dla nas sposób na skutek globalnego załamania równowagi ekologicznej, w wyniku przede wszystkim globalnego ocieplenia, ale również niszczenia warstwy ozonowej, gwałtownego wymierania wielu gatunków i różnych rodzajów skażenia, w tym takich, o których jeszcze nie wiemy.

Nasz ulegający globalizacji system gospodarczy jest spółką całkowicie zależną od biosfery, lecz zarządzający nim dyrektorzy generalni (na tyle na ile, ktoś w ogóle sprawuje nad nim kontrolę), nie potrafią myśleć dalej niż do następnego raportu kwartalnego, podobnie jak politycy, których nie interesuje przyszłość wykraczająca poza następne wybory. Przeludnienie, pandemie i  ogromna, powiększająca się ciągle liczba ludzi żyjących w skrajnym ubóstwie grożą załamaniem społecznym, a media –  dochodowe przedsiębiorstwa,  zainteresowane głównie generowaniem zysków, nie zaś odkrywaniem i ujawnianiem prawdy –  odwracają naszą uwagę audycjami informacyjno rozrywkowymi i mamią zapewnieniami, że rozwiązanie jest „ciągle takie samo”: nie tracić wiary, wytrwać wystarczająco długo zaciskając pasa, a w końcu rozwój technologiczny i wzrost gospodarczy, większa konsumpcja i PKB, rozwiążą nasze problemy.

Jakby tego było mało, nasi niedouczeni, skorumpowani i aroganccy przywódcy, a raczej władcy,  wykazali się brakiem kompetencji we wszystkim za wyjątkiem kłamstwa i zdobywania władzy. Teraz,  gdy ich oszustwa i nieudolność wychodzą na  jaw i zaczynają im zagrażać –  ich popularność  spada, lecz jednocześnie umacniają swoją władzę.  Twarze się zmienią, lecz jeśli czegoś z tym nie zrobimy, struktura władzy pozostanie taka sama.

Jednym z najpotężniejszych narzędzi umacniania  władzy jest lęk, co wymaga zastąpienia Zimnej Wojny niekończącą się „wojną z terrorem”,  oznaczającą niekończące się zyski, dla bogacącego się na konfliktach zbrojnych kompleksu militarno-przemysłowego, dla którego pokój, oznaczałby załamanie.  Celowo czy też nie, wojna z terroryzmem prowadzona jest w sposób gwarantujący, że z każdym kolejnym zabitym „terrorystą”, przybędzie wielu więcej zdesperowanych, nienawidzących USA ludzi. Nasze agresywne próby poskromienia terroryzmu stanowią gwarancję, że będzie on trwał nadal. Jak ujął to Peter Ustinov, terroryzm jest wojną biednych, wojna jest terroryzmem bogatych.  Po głębszej analizie okazuje się, że przemoc popełniana przez małe grupy terrorystyczne, takie jak Al-Kaida, ma skalę naprawdę niewielką w porównaniu do „terroryzmu państwowego” (włączając w to usankcjonowane stosowanie  tortur),  który w naszym odczucia mamy prawo stosować   wobec wszystkich innych, których się boimy, lub którzy zagrażają naszym „narodowym interesom”.

Powyższe refleksje nie są wyrazem moich poglądów politycznych, lecz stwierdzeniem faktów. Znajdujemy się w krytycznej sytuacji, i buddyści tak jak wszyscy inni, powinni szybko stawić jej czoła. Mówiąc dosadnie –  jeśli nie jesteście przynajmniej mgliście świadomi tych palących problemów, to albo żyjecie w jakiegoś rodzaju bardzo dziwnej bańce, odcięci od wiadomości (być może w ostatnim stadium dwudziestoletniego odosobnienia w himalajskiej grocie?), albo nie praktykujecie we właściwy sposób. Nie jesteście uważni lub coś jest nie tak z waszą zdolnością widzenia. Przypuszczam, że w piekle (zarówno   buddyjskim, jak i chrześcijańskim) znajduje się specjalne miejsce zarezerwowane dla tych, którzy odmawiają porzucenia egocentrycznej obojętności, pozwalającej im bez końca siedzieć na poduszkach medytacyjnych, podczas gdy reszta świata zmierza ku otchłani. Buddyzm zachęca nas do rozwijania uważności i świadomości, i szczególnie dzisiaj konieczne jest rozszerzenie tej świadomości poza nasze poduszki medytacyjne i ośrodki Dharmy –  objęcie nią szerszego zrozumienia tego, co dzieje się w naszym świecie, z naszym światem –  światem, który krzyczy z bólu. Tak jak Kwan Yin (boddhisattwa współczucia, Awalokiteśwara  –  przyp. tłum.) powinniśmy umieć usłyszeć ten ból i odpowiedzieć nań.  Czasami uważamy, że praktyka medytacji oznacza „tylko widzenie, tylko słyszenie, tylko odczuwanie są dobre! – myślenie pojęciowe jest złe.” Bywają okoliczności, czas i miejsca, kiedy należy skupić się na bezpośrednim doświadczaniu  odczuć zmysłowych i zjawisk mentalnych –  przed myśleniem.  Jednakże praktyki takie są niekompletne, podobnie jak buddyjskie oświecenie, które wyzwala nas samych, nie wzbudzając naszej motywacji do pracy nad doprowadzeniem do wyzwolenia wszystkich innych istot. W przeciwnym razie możemy skończyć podobnie jak żaby na dnie głębokiej studni, nieświadome istniejącego na zewnątrz szerszego świata.  Jeżeli twoja praktyka buddyjska sprawia, ze masz alergię na wszystkie pojęcia i myślenie abstrakcyjne,  przygotuj się lepiej na wyprawę na Biegun Południowy, aby doświadczyć na własnej skórze oparzenia słonecznego na skutek dziury ozonowej, i do arktycznej tundry, aby potaplać się w błocie topniejącej wiecznej zmarzliny, a także do slumsów Bogoty i Rio de Janeiro, aby przekonać się na własne oczy, jak trudno tam przetrwać rodzinie, i do Bagdadu, aby uświadomić sobie, co dla ludzi stamtąd oznacza „niesienie demokracji na Bliski Wschód”… i  do wielu innych miejsc, po to, by dowiedzieć się, co w tej właśnie chwili dzieje się na świecie.  Ci z nas, którzy nie mają czasu, pieniędzy lub energii na takie podróże, muszą postarać się rozwinąć szerszą świadomość na inne sposoby –  niezależne od tandetnej prasy i waszyngtońskiej machiny propagandowej. Musimy wykorzystać naszą zdolność do krytycznego myślenia, aby zrozumieć ogromne wyzwania, w obliczu których stoi nasz świat. Pojęcia i uogólnienia nie są same w sobie złe –  problemem jest używanie ich w niewłaściwy sposób, a całkowite ich odrzucenie jest jak obarczanie winą ofiary. Wiara, że uważność oznacza zwracanie uwagi jedynie na moje najbliższe otoczenie, i ograniczanie w taki sposób własnej świadomości, jest jeszcze jedną wersją podstawowego problemu: naszego poczucia oddzielenia od innych i świata w którym „jesteśmy”. Anatta, „nie-jaźń”, oznacza, że rozróżnianie pomiędzy „własnym najlepszym interesem”, a najlepszym interesem wszystkich, oparte jest na złudzeniu. Z prawa karmy wynika, ze świat nie jest jakimś rodzajem gry, w której wygrywa tylko jedna strona.

Wśród buddystów spotyka się również powszechnie dwa inne poglądy mające na celu próbę usprawiedliwienia koncentracji jedynie na własnej praktyce i oświeceniu. „Muszę dążyć do własnego wyzwolenia, zanim będę w stanie służyć innym” i „Z najwyższego punktu widzenia nie ma czujących istot –  wszystko jest „puste” –  tak więc nie ma potrzeby martwić się o ich los, ani o los biosfery.” Żaden z tych poglądów nie jest właściwy, albowiem z wielu powodów są one co najwyżej dualistycznymi półprawdami.

Po pierwsze, nie możemy czekać, aż sami przekroczymy całe nasze cierpienie, zanim zajmiemy się cierpieniem innych, gdyż świat przyśpiesza, i wydarzenia nie będą czekać, dopóki ty i ja nie osiągniemy wielkiego urzeczywistnienia. Ponieważ istnieje niezliczona liczba stopni oświecenia (zgodnie z powiedzeniem zen, nawet Budda znajduje się tylko w połowie drogi),  powinniśmy robić co tylko jesteśmy w stanie, aby pomóc innym, już tu i teraz. Wyrażając się dokładniej, musimy robić co tylko możemy, stosownie do tego gdzie jesteśmy w naszej praktyce właśnie teraz.

Ponadto,  zastrzeżenia te świadczą o niezrozumieniu sposobu w jaki działa praktyka duchowa.  Nie czekamy, aż przekroczymy nasz egocentryzm, zanim zaangażujemy się aktywnie w działania dla dobra świata –  przekraczamy nasz egocentryzm poprzez zajęcie się cierpieniem szerszego świata. Wbrew powszechnemu rozumieniu ścieżki bodhisattwy, bodhisattwowie nie odkładają swojego własnego  doskonałego oświecenia na później, po to by pomagać innym –  pomaganie innym istotom jest dla nich sposobem na doskonalenie własnego urzeczywistnienia, ponieważ wiedzą oni, że ich wyzwolenia nie da się rozróżnić od wyzwolenia innych. Budzimy się z naszego cierpienia spowodowanego przywiązaniem do ego, aby odkryć świat wypełniony cierpieniem. Przebudzić się,  to znaczy uświadomić sobie, że nie jestem oddzielony od tego świata.

Lecz to wszystko jest puste, czyż nie tak? Tak i nie. Skupienie się wyłącznie na aspekcie pustki, tworzy kolejne oddzielenie i  świadczy o niezrozumieniu podstawowych nauk mahajany. Forma jest pustką, lecz pustka jest również formą. Zjawiska są pozbawione esencji, jednakże nasza bezforemna, nie-przebywająca w żadnym miejscu podstawowa natura manifestuje się tylko w postaci form. Nie przejawiając się pozostaje niczym –  jest po prostu niczym i nie ma znaczenia.

Brak troski o misterną sieć życia uprzędzioną w cudowny sposób przez ziemię –  sieć, w której, z całym naszym pomieszaniem, jesteśmy jednym z oczek –  uwłacza zachwycającej aktywności podstawowej natury, którą dzielimy ze wszystkimi innymi istotami. Oświecenie nie polega na osiągnięciu  jakiejś wyższej rzeczywistości lub transcendentalnego stanu świadomości, lecz na uświadomieniu  sobie naszej fundamentalnej jedności ze światem (co jest równoznaczne z uświadomieniem sobie pustki naszego poczucia „ja”) oraz na zgodnym z tą świadomością działaniu.

Bez zdrowej biosfery ilość możliwych form, których pustkę można zrealizować, znacznie się zmniejsza. Bez zdrowych społeczności, możliwości spełnienia ludzkich aktywności, włączając w to ścieżkę do oświecenia, ulegają zniszczeniu.

A więc: Co zrobiłby Budda? Jaka byłaby jego reakcja na naszą  sytuację teraz?

Czasami  zastanawiam się, co myślałby dzisiaj o „buddyzmie”. Budda nigdy nie nauczał buddyzmu; możemy nawet powiedzieć, że nie był buddystą –  podobnie, jak Jezus nigdy nie był chrześcijaninem. Siakjamuni uczył „Dhammy”. Budda nie uczył buddyzmu –  on zapoczątkował buddyzm. Buddyzm w formach jakie znamy dzisiaj powstał na skutek rozwoju Dhammy (Dharmy) i Sanghi poprzez wiele stuleci, w różnych miejscach i kulturach. Czy Budda byłby zadowolony   z rezultatów tego, co zainicjował?

Jego nauki podkreślają nietrwałość i niesubstancjonalność. Nie zdziwiłby się historią ciągłej zmiany  lub niezwykłą zdolnością  do adaptacji, którą buddyzm przejawiał, gdziekolwiek nie dotarł.  Nie oczekiwałby od nas zwykłego powtarzania sposobów, w jakie sam nauczał, ani stosowania się do zasad regulujących życie Sanghi w jego czasach. Natomiast z pewnością nie chciałby, abyśmy pozostawali nieświadomi wyzwań, w obliczu których wspólnie stoimy, ani tym bardziej nie oczekiwałby od swoich wyznawców ich ignorowania.  Za jego czasów członkowie Sanghi mogli czasami nie zwracać uwagi na walki polityczne i konflikty społeczne, wycofując się do lasu. Dzisiaj nie ma takiego miejsca na świecie, gdzie można by  się bezpiecznie schować – nie ma miejsca, które nie byłoby w jakimś stopniu zagrożone. Tradycyjne rozróżnienie pomiędzy ludźmi świeckimi i wyświęconymi mnichami nie znajduje w tej sytuacji zastosowania. Naszych losów nie da się oddzielić.

Co zrobiłby Budda? Czy odpowiedzi na to pytanie nie możemy poznać, ponieważ go tutaj nie ma? Jeśli Budda nie żyje w nas, jeśli nie jest nami –  oznacza to, że rzeczywiście jest martwy. Jeśli nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na to pytanie sami, buddyzm jest martwy –  a w każdym bądź razie mógłby równie dobrze taki być. Twoim i moim zadaniem jest określenie, jak zastosować najważniejsze nauki buddyjskie w dzisiejszej sytuacji. Jeśli  nauki te nie pomagają w zrozumieniu i odpowiednim zareagowaniu na dzisiejszy globalny kryzys, tym gorzej dla nich, być może nadszedł czas, aby je wymienić.

Oczywiście nie sądzę, żeby istniała taka potrzeba. Najbardziej charakterystyczna dla buddyzmu nauka, jest nauką, która daje nam największy wgląd  w przyczyny bieżącego zbiorowego kryzysu: związek pomiędzy dukkha a anatta, pomiędzy cierpieniem (w najszerszym sensie) a złudnym poczuciem „ja”. Poczucie „ja” jest z natury rzeczy uciążliwe, ponieważ będąc konstruktem psychologicznym, jest pozbawione podstawy i próbując  potwierdzić swoją „realność” przysparza nam nieustannych problemów. Ta podstawowa prawda o indywidualnej jaźni odnosi się również do „jaźni zbiorowej”, która także stara się uzyskać poczucie bezpieczeństwa,  działając w interesie własnej grupy, kosztem tych z zewnątrz. Docieramy w ten sposób do sedna odpowiedzi na pytanie –  dlaczego seksizm, nacjonalizm i szowinizm gatunkowy (wyobcowanie człowieka z reszty biosfery) dają skutek przeciwny od zamierzonego. Jeśli problemem jest poczucie oddzielenia, u podstaw każdego rozwiązania musi leżeć przyjęcie współzależności. Rezultaty polityki naszych władców są tak bardzo opłakane, gdyż ich strategie wyrażają i wzmacniają iluzję oddzielenia, a co za tym idzie, zwiększają  dukkha świata, zamiast je uśmierzać. Tak rozumiana współzależność nie jest tylko wglądem, który należy kultywować siedząc na poduszce. Cierpiący świat wzywa nas do prawdziwego urzeczywistnienia współzależności –  sprawienia, by nasze codzienne życie autentycznie odzwierciedlało jej świadomość. Jeśli my –  buddyści, nie chcemy lub nie potrafimy tego zrobić, oznacza to, że buddyzm nie jest ścieżką duchową, jakiej potrzebuje dzisiaj świat.

David Tetsu-un Loy (artykuł jest jednym z rozdziałów książki Davida Tetsu-un Loy’a „Money, Sex, War, Karma – Notes for a Buddhist Revolution”,  Wisdom Publications Boston, 2007)

Tłumaczenie: Jan Skoczylas

David R. Loy jest profesorem filozofii, pisarzem i nauczycielem zen w tradycji Sanbo Kyodan japońskiego buddyzmu zen. Praktykę Zen rozpoczął w 1971 roku od udziału w sseshin (odosobnieniu medytacyjnym)  w Honolulu pod kierunkiem Roshiego Yamada Koun – głównego nauczyciela szkoły Sanbo Kyodan.  Następnie przez wiele lat praktykował koany pod kierunkiem Roshiego Yamada i Roshiego Roberta Aitkena. W 1984 roku przeniósł się do Kamakury w Japonii, aby kontynuować intensywną praktykę Zen z Roshim Yamadą. W 1988 roku zakończył formalną praktykę koanów i otrzymał imię Dharmy Tetsu’un „Chmura Mądrości”.

zobacz także:

Roshi Robert Aitken: Buddyzm zaangażowany

Roshi John Daido Loori: Nauki nieożywionego – Zen a środowisko naturalne

Roshi John Daido Loori: Nauki nieożywionego – Zen a środowisko naturalne

Roshi John Daido Loori (1931-2009) był opatem Zen Mountain Monastery i założycielem Mountains and Rivers Order. Otrzymał przekaz dharmy shiho od Roshiego Taizana Maezumiego (1986), a także tytuł Nauczyciela Zen – Dendo Kyoshi , japońskiej szkoły Soto oraz przekaz japońskiej szkoły Rindzai. Sam udzielił przekazu trzem swoim uczniom: Bonnie Myotai Treace, Geoffrey’owi Shugenowi Arnoldowi i Conradowi Ryushiemu Marchaj’owi. Był uznanym fotografem oraz autorem ponad dwudziestu książek. Poniższy tekst jest fragmentem książki: „Teachings of the Isentient – Zen & the Environment”.


Znajdujemy się w wyjątkowym okresie historii ludzkości. Po raz pierwszy, głównymi zagrożeniami dla naszego istnienia, nie są naturalne klęski żywiołowe, których najbardziej obawiali się nasi przodkowie tysiąc lat temu, lecz niebezpieczeństwa stworzone przez nas samych. Ewolucja osiągnęła punkt krytyczny  –   czas, który może przesądzić, o dalszym losie zarówno całego gatunku ludzkiego, jak i planety, którą wspólnie dzielimy. Najbardziej frapujący paradoks naszych czasów polega na tym, że z jednej strony posiedliśmy poziom wiedzy i możliwości technologicznych, jaki zaledwie kilka dekad temu trudno było sobie nawet wyobrazić. Rozumiemy złożone dane o najdalszych zakątkach kosmosu i najsubtelniejsze funkcje maleńkich części atomu. Z drugiej strony, miliony z nas głodują. Nasze środowisko naturalne jest zanieczyszczone.  W zatrważającym tempie ograbiamy Ziemię z zasobów naturalnych, a rozmiar globalnej katastrofy ekologicznej sprawia, ze całkiem realna staje się możliwość wyginięcia zarówno naszego gatunku, jak i całego życia. Pomimo ogromnej wiedzy na temat wszechświata i jego funkcjonowania, nasze zrozumienie tego, kim jesteśmy, czym jest nasze życie i jakie są nasze relacje z „dziesięcioma tysiącami zjawisk”, które składają się na całą zjawiskową egzystencję, jest minimalne.

Sposób, w jaki postrzegamy samych siebie i wszechświat, pozostał dualistyczny i praktycznie nie zmienił się w przeciągu całej historii ludzkości. Jest to perspektywa zakładająca podział na „ja” i „innych”.  Rozwinięte przez nas różnorodne formy filozofii, sztuki, nauki, medycyny, ekologii, teologii, psychologii, socjologii, etyki i moralności są zasadniczo odwzorowaniem tego początkowego założenia oddzielenia. Świat, w jakim obecnie żyjemy, tworzony jest przez kombinację konsekwencji tego stanu rzeczy. Kwestie takie jak: zagrożenie wojną nuklearną, zanieczyszczenie środowiska naturalnego, epidemia AIDS, narkomania, jako problem społeczny, ubóstwo, głód i brak moralności w dziedzinie religii, polityki i biznesu, wszystkie noszą znamię naszego podstawowego wyobrażenia o jaźni. To, w jaki sposób pojmujemy jaźń, określa nasze rozumienie wszechświata, które warunkuje z kolei naszą z nim relację: jak się do niego odnosimy i cały, nasz –  jego mieszkańców, styl życia.

Od bardzo niedawna na Zachodzie staliśmy się świadomi istnienia całkowicie odmiennego sposobu rozumienia rzeczywistości. Jego początki sięgają daleko w przeszłość, do starego tekstu znanego jedynie buddystom. We wszechświecie opisanym w pochodzącej z siódmego wieku z Chin Sutrze Girlandy Kwiatów, wszystkie zjawiska przenikają się nawzajem, zarówno pod względem tożsamości, jaki i wzajemnej współzależności. Każda rzecz potrzebuje wszystkich innych rzeczy i nie ma nawet jednej drobiny kurzu, która nie wpływałaby na całość. W najbardziej znanej metaforze zawartej w sutrze –  Diamentowej Sieci Indry, całość istnienia postrzegana jest, jako bezkresna, rozciągająca się przez cały wszechświat, nie tylko w trzech wymiarach przestrzeni, lecz także w czwartym wymiarze czasu, sieć klejnotów. W każdym punkcie tej ogromnej sieci znajduje się wielofasetowy diament, w którym odbijają się wszystkie inne diamenty. Dlatego można w gruncie rzeczy powiedzieć, że „zawiera” on wszystkie inne diamenty sieci. Klejnoty te symbolizują cały wszechświat – w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Metafora ta pokazuje w pewnym sensie, w jaki sposób każda rzecz we wszechświecie zawiera w sobie wszystkie inne rzeczy i każdą z nich z osobna, w ciągu nieskończonego czasu.

Diamentowa Sieć Indry nie jest jedynie filozoficznym aksjomatem, lecz opisem urzeczywistnienia rzeczywistości. Jest to bezpośrednie doświadczenie mężczyzn i kobiet praktykujących buddyzm, od ponad dwóch tysięcy lat. Prawdopodobnie niewielu ludzi traktowało te nauki zbyt poważnie przed wiekiem dwudziestym, kiedy to niezwykłe zastosowania światła laserowego potwierdziły trafność tego starożytnego wyobrażenia. Używając światła laserowego można uzyskać obraz fotograficzny na kliszy, gdy przechodzi ono przez nią –  powstaje trójwymiarowy obraz. Zjawisko to jest dość niezwykłe – holograficzny obraz, w który można wejść, można też usiąść wśród znajdujących się na nim obiektów. Jeszcze bardziej niezwykłe jest to, że jeśli przetniemy kliszę na pół i rzucimy na nią światło laserowe, cały czas możemy uzyskać całość obrazu. Można przeciąć tę połowę na pół, następnie ćwiartki znowu na pół, zrobić to samo z jedną ósmą kliszy, i tak dalej, aż do najmniejszego jej kawałka, a obraz ciągle będzie pojawiał się w całości. Niczego nie będzie brakować. Pokazuje to tylko jedną rzecz: każda z części kliszy zawiera wszystkie informacje o całości, zupełnie tak samo, jak klejnoty w Diamentowej Sieci.

W rezultacie tego odkrycia, biologowie zaczęli prowadzić swoje badania w odniesieniu do modelu holograficznego. Nowa teoria pracy mózgu również posługuje się tym modelem, a fizycy patrzą na wszechświat z perspektywy paradygmatu holograficznego. Gdy wchodzimy w dwudziesty pierwszy wiek, naukowcy rozpoczynają eksperymentalną weryfikację doświadczenia przekazywanego od 2 500 lat przez praktykujących buddystów, jako Diamentowa Sieć.

Uświadomienie sobie holograficznej natury wszechświata nazywam Umysłem Dwudziestego Pierwszego Wieku, ponieważ jedynie poprzez  zrozumienie jego natury jako całości, mamy jakiekolwiek szanse na poradzenie sobie z problemami w obliczu których stoimy. Umysł Dwudziestego Pierwszego Wieku jest umysłem starożytnych Buddów, Umysłem Buddy – umysłem wszystkich czujących istot. Już go mamy, lecz pogrzebaliśmy go pod trwającym całe życie warunkowaniem – warunkowaniem przez naszych rodziców, nauczycieli, kulturę, naród i edukację. Gdy zdamy sobie sprawę z występującej we Wszechświecie współzależności, nie da się dłużej unikać odpowiedzialności – staje się całkowicie jasne, że nasze czyny i to co się nam przydarza, są tym samym. Kiedy to sobie do głębi uświadomimy – dalsze odkładanie na potem, obwinianie czy bycie ofiarą, nie są już dłużej możliwe. Zrozumieliśmy, że sami tworzymy nasz wszechświat. To jest przekaz mocy wynikający z urzeczywistnienia. Kiedy słuchamy problemów tego świata, łatwo jest poddać się uczuciu rozpaczy. Co możemy zrobić? Ta rozpacz i poczucie bezsilności mogą stać się źródłem prawdziwego przekazu mocy, lecz jest to możliwe tylko wtedy, gdy zrozumiemy, kim naprawdę jesteśmy – poza tym workiem ze skóry, poza opisującymi nas słowami i ideami. Co jest prawdą – rzeczywistością naszego istnienia? Czym jest samo ‚istnienie’?

Mistrz Zen Keizan powiedział:

Tak więc dobrzy ludzie, dzięki uważnej obserwacji, staliście się całkowicie świadomi tej mistycznej świadomości. Nazywamy to nieświadomym bądź nieożywionym. Nazywamy to tak, ponieważ nie ma tutaj podążania za dźwiękiem i formą, żadnego zniewolenia przez emocje czy rozróżnianie….więc kiedy słyszycie mowę nieożywionego, nie popełnijcie błędu rozumienia jej, jako przeszkody. Dopóki wasze uczucia i myśli nie będą zakryte ułudą i przywiązaniem do percepcji, a wasza percepcja pozostanie nierozproszona, ta mistyczna świadomość będzie jasna i klarowna, dokładnie świadoma. Jeśli staracie się ją uchwycić, nie dosięgniecie jej; nie ma ona formy, więc nie jest czymś co istnieje. Jeśli staracie się jej pozbyć, nie możecie się od niej oddzielić, ponieważ jest na zawsze z wami; nie jest więc nieistniejąca. Nie jest poznaniem ani myślą, nie jest związana z żadnymi elementami psychofizycznymi. Czym w takim razie jest?

Kiedy Keizen mówi, że nie ma „zniewolenia przez emocje czy rozróżnianie”, nie ma na myśli braku uczuć lub troski. Chodzi mu tutaj o nieobecność zniewolenia, nieobecność przywiązania. Co oznacza nieistnienie zniewolenia przez emocje? Kiedy płaczesz, tylko płacz. Kiedy coś czujesz, czuj to całym ciałem i umysłem. Nie oddzielaj się od tego. Zniewolenie jest rezultatem oddzielenia, to ono hamuje i ogranicza naszą wolność.

Ta mistyczna nauka jest zawsze oczywista i nie pozostawia wątpliwości. Jest tym, co sprawia, że unosimy brwi i mrugamy oczami. Manifestuje się, gdy chodzimy, stoimy, siedzimy, kładziemy się, myjemy, śpieszymy, umieramy i rodzimy, jemy kiedy jesteśmy głodni, a także gdy zmęczeni śpimy. Wszystko to jest nauką, wszystko włącznie z cykaniem owadów. Nic nie jest ukryte. Z tego powodu każde zjawisko zawsze i nieustannie udziela nam jasnych nauk.

Powinniśmy te nauki widzieć i słyszeć. Powinniśmy widzieć i słyszeć głos tych gór i rzek, oraz zagrożonych i wymarłych gatunków. Powinniśmy widzieć i słyszeć głos atomu, bezdomnego, dzieci; głos nauk niezliczonych generacji przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Jeśli próbujecie widzieć oczami i słyszeć uszami, nigdy tego nie osiągniecie. Jedynie jeśli będziecie widzieć uchem i słyszeć okiem, będziecie w stanie zobaczyć ‚to’ jasno. W jaki sposób możesz patrzeć uchem i słyszeć okiem? Zazen. Zazen jest smokiem wchodzącym do wody, lwem wkraczającym w góry. Zazen jest siedzibą Buddy, prawdziwym przekazem Umysłu Dwudziestego Pierwszego Wieku, głosem dziesięciu tysięcy rzeczy.

Tłumaczenie: Jan Skoczylas

źródło: www.ecobuddhism.org

Zobacz także:

Thich Nhat Hanh: Oczy Królowej Słoni

Buddyjska Deklaracja w Sprawie Zmian Klimatu

Buddyzm a kryzys klimatyczno-energetyczny

Thich Nhat Hanh: Oczy Królowej Słoni

Foto: kevin/Flickr/Creative Commons

Każdy nasz krok ma moc uzdrawiania i przemiany. Z każdym krokiem możemy nie tylko uzdrowić samych siebie, lecz również pomóc Ziemi i środowisku.

Czytaj dalej